EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Enbargoński medykament


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Rozejrzałem się po rozległym salonie. Miałem już w pokoju napoczętą butelkę koniaku. Poprosiłem Alison, by przyniosła mi jeszcze z kuchni szkocką whisky i wkrótce śmiał się do mnie bursztynowy „Jack Daniel’s”. Omal jej za to nie ucałowałem. Były na Ziemi marki, które zniewalały klientów od setek lat, a ta whisky bezsprzecznie do nich należała. Tak uzbrojony powlokłem się do apartamentu, a tam w samotności urżnąłem się do nieprzytomności. Nawet nie próbowałem śpiewać.
      Obudziła mnie Miriam, która zajrzała do mojego numeru. Wiedziała, że tu znajdzie koguta z Ziemi. Za oknami kładł się zmierzch. Byłem na wpół przytomny, jednak seksowna botaniczka nie zamierzała mi odpuścić i pozwolić, żebym pogrążył się we śnie. Zmusiła mnie, bym otworzył oczy. Ciążyła mi głowa. Musiałem wyglądać jak półtora nieszczęścia.
      — Ki chuj wodę mąci? — bez przekonania się postawiłem. — Kolesiów szukasz? — prychnąłem odstraszająco, widząc ją jak przez mgłę.
      Wyjęła mi z rąk opróżnioną do dna butelkę, odstawiając ją na bok. Nie przyszła góra do Mahometa, więc Mahomet pofatygował się do góry. Zajmowała drugie miejsce na liście, zatem do niej miał należeć ten wieczór. Niestety, narzeczony się schlał. Zniweczyłem jej plany, z którymi zapewne wiązała ciche nadzieje.
      — Wypij, pyszczku! — opiekuńczo rzekła, podsuwając mi plastikowy kubeczek z przeźroczystym płynem. — Wyjdzie ci to na dobre.
      Owiał mnie delikatny zapach jej kosmetyków. Gdybym teraz próbował wstać, musiałbym czepiać się ściany, bo ziemia huśtałaby się pode mną na wszystkie strony. Na szczęście, nie dostałem pijackiej czkawki, więc nie skompromitowałem się do końca w jej oczach.
      — Nie! — niemrawo zaprotestowałem, pokonany przez siłę grawitacji. — Nie chcę... Dzisiaj idę na wagary i zostawiam puste gary — zasłoniłem się pijackim bełkotem. — Miałem sprzątaczkę, ale wyrzuciłem ją na złom, okazała się kiepska, ciągle się psuła, a w dodatku nie była gumowym jebadłem — zwierzałem się, plotąc banialuki. — Odejdź, ślicznotko, nie przyjmę cię do pracy, idź do łóżka sama, seks to przeżytek — wygęgałem, próbując przewrócić się na bok i uderzyć w kimono. — O innej porze aligatorze!
      Miriam jednak nie ustąpiła. Nadal stała, pochylona nade mną. Poklepała mnie po policzku.
      — Jeszcze jesteś, słoneczko? — zacząłem nadawać na innej fali. — Nie wstanę, bo przywali mi podłoga i będę miał rozwalony czerep — grymaśnie się żaliłem. — Kąt padania równa się kątowi odbicia. Nie jestem facetem na poziomie, więc nie utrzymam się w pionie — skamlałem, siląc na profesorski ton. — Lubię wiedzieć, na czym stoję, nawet jak się położę — uparcie ciągnąłem chory wykład z fizyki. — Przytelep się później, będę czekał z utęsknieniem, przyślę po ciebie limuzynę z kierowcą… — wystękałem na koniec, częstując ją obietnicą bez pokrycia. Na tyle mnie było stać. — Zanim zaśniesz, złotko, pomyśl o mnie słodko!..
      Przytrzymała mi łepetynę. Przyłożyła mi kubek do ust, nie przejmując się moimi oporami.
      — Nie kopnij mnie w oko! — byłem gotowy wierzgnąć. — Lecisz na ślinę?
      — Spokojnie, to cię postawi na nogi! — powiedziała.
      — Koło dupy mi to lata… — szedłem nadal na udry. — Leżę na leżąco i nie mogę tego zmienić… — uparcie trwałem przy swoim.
      Wlała mi lekarstwo do gardła. Przełknąłem z grymasem odrazy. Nie musiała ściskać mi nosa. I wtedy się zaczęło. Enbargońskie świństwo uaktywniło się w okamgnieniu. Było gorzkawe. Nie wiedziałem, że stworzono tak gwałtownie działające środki medyczne. Poraził mnie grom z jasnego nieba i poderwałem się, bezradnie podpierając na rękach. Wypełnił mnie ogień. Serce tłukło się jak oszalałe.
      Otworzyłem szeroko usta, nie mogąc złapać tchu. Odniosłem wrażenie, że za chwilę zacznę gryźć ściany, byleby tylko uwolnić się od tego, co czułem. Czyżbym miał się przenieść na tamten świat?
      — Nabierz powietrza! — rozkazała. — Śmiało!
      Usiadłem w kucki na łóżku. Wezbrane wody niby po rzęsistym deszczu wypełniły wyschłe koryto. W moje zastygłe żyły wlała się ożywcza energia. Opadłem na pościel, przykładając czoło do poduszki. Przykre sensacje stopniowo ustępowały. Przechodziły jak ręką odjął. Stał się cud i po minucie lub dwóch czułem się jak nowo narodzony. Ogarnął mnie błogi spokój. Żołądek, który podszedł mi do gardła, wrócił na swoje miejsce.
      — Mon Dieu, co to było?!
      Oddychałem normalnie. Wdech, wydech, wdech, wydech. Obejrzałem swoje dłonie. Nie drżały. Znalazłem się po słonecznej stronie życia. Byłem tak trzeźwy, jakbym nie miał alkoholu w ustach od stu lat. Dziewczyna faktycznie postawiła mnie na nogi. Dokonała cudu.
      — Uwolniłam twój organizm od toksyn — zdradziła, przyglądając mi się uważnie. Pochyliła się nade mną, badawczo lustrując moją twarz, jakby chciała sprawdzić, czy lekarstwo wywołało pożądany skutek. Jej długie złociste włosy omal nie dotykały moich piersi.
      Gdybym był sportowcem, pomyślałbym, że poczęstowała mnie rewelacyjnym anabolikiem. W kilka chwil przeistoczyłem się z zapijaczonego pętaka w nieulękłego herosa, gotowego ruszać na podbój świata. Pojąłem, że mogę żyć na wysokich obrotach. Już od zaraz.
      Zajrzałem w jej chabrowe oczy.
      — Co robisz aniele w weekend? — zapytałem jak matoł.
      Uśmiechnęła się, nie spuszczając ze mnie wzroku.
      — Nic takiego, śpiewam w chórze kościelnym — odbiła piłeczkę, dostosowując się do mojego wątpliwego poczucia humoru.


08.02.2016 :: 20:00
Link |  | Enbargonki