EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2020
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(37)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(94)
Publikacje(44)
Cztery pory roku(32)

Starsze wpisy
2002-2004
guziakiewicz.pl/zapiski


Strony autora
guziakiewicz.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
igraszki z czasem
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga
romeo z zaświatów


Inne blogi
Wiesław Hop
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski
Małgorzata Żurecka









Figle Maggie


fragment „Buntu androidów”

      Na pływalni panował półmrok. Wysoko na niebie znaczyły się gwiazdy. Maggie z wdziękiem zdjęła płaszcz kąpielowy, pozwalając, by zsunął się do jej stóp. Kostium wybrała szałowy i kiedy na nią spojrzałem, przeszył mnie dreszcz pożądania. Z rozmachem skoczyłem do wody, wyrzucając fontannę dżdżu. Ciekawie obejrzałem się za siebie.
      — Chodź! — zachęcająco zawołałem.
      Zielonooka kaprysiła. Tylko z pozoru poszła w moje ślady. Musiała się popisać i pokazać, że ma w nosie prawa mojego świata. A zwłaszcza siłę przyciągania. Uczyniła kilka ostrożnych kroków po wodzie, nie zapadając się w toń. Stąpała po pomarszczonej drobnymi falami powierzchni jak Jezus po Morzu Galilejskim. Wreszcie ułożyła się wygodnie ponad głębią i zerknęła na mnie ciekawie. Lewitowała. Wydawać by się mogło, że spoczywa na nadmuchiwanym materacu, tyle tylko że niewidzialnym. Wyobraziłem ją sobie medytującą w pozycji lotosu na gładkiej tafli jeziora.
      Podpłynąłem do niej i ją ochlapałem niczym figlujący małolat.
      — Boisz się wody? Jak koty? — zapytałem. — Jest ciepła i czysta.
      — Nie, ale zniszczę sobie fryzurę, będę źle wyglądać.
      — Jesteś bóstwem w każdym calu, nie musisz się przejmować.
      Posłusznie się zsunęła, znikając pod powierzchnią. Wynurzyła się i parsknęła. Mokre włosy oblepiały jej twarz.
      — Idealnie — cmoknąłem. — Przepłyńmy kawałek.
      Pokonałem crawlem odległość dzielącą mnie od drugiej strony basenu, odbiłem się od brzegu i ruszyłem z powrotem. Płynęła za mną stylem motylkowym. Znieruchomiałem na środku, bo przyszło mi coś do głowy.
      — Jak duże przedmioty możesz podnosić siłą woli? Udźwignęłabyś takiego faceta jak ja?
      — Pokazać ci? — niewinnie zapytała.
      Przyzwalająco skinąłem głową, nie zdając sobie sprawy, w co się pakuję. Wystarczyła chwila nieuwagi, by wpaść z deszczu pod rynnę.
      Wysadziła mnie z siodła. Nim zdążyłem się zorientować, wystrzeliłem jak z armaty, tracąc kontrolę nad ciałem. Zawisłem w połowie wysokości trampoliny, rozpaczliwie trzepiąc rękami i runąłem w dół. Poleciałem na głowę, z impetem rozpryskując wodę. Z rozpędu dotarłem do dna. Powtórzyła ten numer. Śmignąłem spod powierzchni jak startująca rakieta. Wykonałem niezgrabne salto. Znów runąłem w dół. Wysłała mnie w górę trzeci raz. Koziołkowałem. Niestety, nie miałem skrzydeł i nie mogłem utrzymać się w powietrzu.
      W końcu zielonooka dała mi spokój. Wynurzyłem się o własnych siłach, wypluwając wodę i przecierając oczy. Zaczerpnąłem powietrza. Nie przypuszczałem, że to chuchro może dysponować samsonową siłą. Jeździła po mnie jak po łysej kobyle.
      — Wystarczy, suko! — jęknąłem rozdrażniony. — Żeby cię pogięło…
      Niczym tonący rozbitek uchwyciłem się brzegu. Wdrapałem się na pokryty kafelkami taras. Kaszlałem. Maggie jak gdyby nigdy nic podpłynęła za mną. Podałem jej rękę i wydostała się z basenu. Normalnie, bez żadnych fajerwerków.
      — W porządku? — niewinnie zapytała, podnosząc oczy na moją twarz.
      Byłem wzburzony i ciężko dyszałem. Bawiła się mną jak kupioną w sklepie zabawką i trzymały się jej wątpliwe figle. Tego mi było za wiele.
      — Masz nie po kolei w głowie? — warknąłem, wściekły jak diabli.
      Poniosło mnie i w napadzie złości strzeliłem ją w pysk. Straciła równowagę i wpadła do wody.
      Błyskawicznie się wynurzyła. Z przerażenia oczy miała jak talary.
      — Teraz w porządku — zgrzytnąłem, łaskawie podając jej dłoń.
      Potulnie się wdrapała i przygarbiona stanęła obok. Dygotała przerażona.
      — Przepraszam — z trudem wydobyła z siebie głos. Szczękała zębami. — Pozostały mi… nawyki z ostatniej… krucjaty. Archetanie lubią być… podrzucani. Myślałam, że to cię... ucieszy.
      — Podrzucani? — syknąłem z irytacją. — Nie jestem szmacianką.
      Może zielone pantery za tym przepadały, ja nie. Były zwinne i zwrotne, nawykłe do skakania po drzewach. Pomagały im długie ogony. Nic więc dziwnego, że wariowały na punkcie takich zabaw.


08.04.2013 :: 14:26
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów