EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(85)
Publikacje(43)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Główny bohater i pociąg do kieliszka


fragmenty powieści SF „Enbargonki”

      Zamierzałem rzucić się w wir rozrywek jak szastający pieniędzmi młokos na urlopie, delektować się wirtualnym słońcem i zażywać innych rozkoszy. Lepsze było wrogiem dobrego i chełpliwie postanowiłem, że najdroższy alkohol będzie lać się strumieniami. Bez umiaru. Znałem różnicę między wielbłądem a człowiekiem. Wielbłąd mógł pracować przez cały tydzień, nie pijąc, człowiek zaś mógł przez cały tydzień pić, nie pracując. Nie pociągała mnie abstynencja i nie poddawałem się chęci odmawiania sobie przyjemności. Nie umiałem wyobrazić sobie świata, w którym egzystowałbym bez żądz i pragnień. Ich zaspokajanie nadawało przecież sens istnieniu. Jeśli niebo było krainą bez pokus, to za nic nie chciałbym do niego trafić. Co miałbym tam robić? Machać białymi skrzydłami, śpiewać psalmy i składać ręce do modlitwy? Inna sprawa, że nie nadawałem się ani do nieba, ani do piekła. Nigdzie by mnie nie chcieli.

      Szanowaliśmy Boba, bo oprócz tego, że miał dostęp do kuchni, dysponował archaicznym destylatorem. Nikomu nie zdradził, gdzie go ukrył. Przynosił kanistry czystego spirytusu, z którego prokurowaliśmy drinki.

      Otworzyłem butelkę brandy, nalewając sobie do pękatego kieliszka.
      — Zdrowie! — wzniosłem toast do wirtualnej orkiestry. — Moje i pięknych dam!
      Wypiłem, napełniłem do połowy kieliszek, który zdawało się barwić złote światło słońca i wpadłem w niepokojącą zadumę.

      Kiedy chwiejnym krokiem wychodziłem z restauracji z opróżnioną do połowy butelką w ręku, moim skutecznym lekarstwem na smutek, podśpiewując o tych, co czuwali na lądzie, morzu i w powietrzu, przeszło mi przez myśl, że ktoś wykazał się przesadną nadgorliwością, uruchamiając destrukcyjny program anihilacji bazy.

      Madison szybko przełamała pierwsze lody. Musiała mnie rozruszać, bo bałem się przeholować z piciem i byłem o trzy drinki do tyłu. Musnęła ustami mój policzek, owiewając mnie zapachem perfum o wyjątkowo zmysłowej nucie.

      Kiedy podano mi kawę w filiżance z serwisowego kompletu, kapryśnie poprosiłem o kieliszek koniaku. Pyskata Alison okazała się wyjątkowo uczynna. Podniosła się bez słowa i przytargała z kuchni charakterystyczną firmową butelkę z szeroką podstawą i wąską szyjką oraz dwa pękate kieliszki, bo takie nie stały na stole. Zamierzała napić się ze mną. Pewnie wiedziała, że facet nie lubi sączyć trunków w samotności. Spojrzałem na nią z nieskrywanym uznaniem, rozgrzeszając ją za cięty język. Etykieta na butelce mówiła sam za siebie: „Courvoisier, le Cognac de Napoleon”. Rozpieszczała mnie na potęgę. Pomyślałem, że później zabiorę napoczętą flachę do apartamentu.
      Nalałem. Osuszyłem serwetką usta. Podniosłem kieliszek niby do toastu.
      — Życie mierzymy w latach… — radośnie do niej rzuciłem.
      — …a drinki w mililitrach! — w te pędy fajowsko dokończyła. Znała ten odzew, więc umiałaby znaleźć się w moim towarzystwie.
      Skosztowałem. Ona też. To było to! Zaczęliśmy rozmawiać na tematy mniej drażliwe. Nie należało deptać sobie po odciskach.

      Pojąłem, że muszę się upić. Nie miałem innego wyjścia. Ratowała mnie mityczna bestia uwięziona w butelce. Za każdym razem uwolniony z niej rozkołysany dżinn życzliwie pochylał się nade mną. Potrafił mi dogodzić i przychylić mi nieba. Upajałem się błogostanem, w którym wszystkie zmartwienia blakły i przestawały cokolwiek znaczyć.

      Alkohol rozjaśniał mi umysł i był lekarstwem na moje wszystkie dolegliwości. Znalazłem w barku pękatą butelkę koniaku. Po kilku kieliszkach doszedłem do wniosku, że niczego nie zmienię. Było jak było i musiałem się z tym pogodzić.

      Rozejrzałem się po rozległym salonie. Miałem już w pokoju napoczętą butelkę koniaku. Poprosiłem Alison, by przyniosła mi jeszcze z kuchni szkocką whisky i wkrótce śmiał się do mnie bursztynowy „Jack Daniel’s”. Omal jej za to nie ucałowałem. Były na Ziemi marki, które zniewalały klientów od setek lat, a ta whisky bezsprzecznie do nich należała. Tak uzbrojony powlokłem się do apartamentu, a tam w samotności urżnąłem się do nieprzytomności. Nawet nie próbowałem śpiewać.

01.04.2016 :: 09:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki