EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Hacker


fragment powieści SF „A jeśli jutra nie będzie”

      Niezastąpiony geniusz komputerowy był tak zaniedbany, że nawet lustro wstydziłoby się pokazać w jego towarzystwie. Obywał się bez mydła, szamponu i czystych ręczników. Ale trudno się było temu dziwić. Żył przecież w cyberprzestrzeni, która zajmowała go bardziej niż świat realny. Flanelowa koszula straszyła oberwanymi guzikami. Nieogolony i kudłaty, miał w nosie prawdę, że jeśli wychodzi się między ludzi, wypada zadbać o powierzchowność. Programom komputerowym, z którymi przestawał, z pewnością to nie przeszkadzało. Jego lasce chyba też, skoro z oddaniem wisiała mu na ramieniu. Przywoływała na myśl Judith, kumpelę z ich klasy. Podobnie jak tamta była ruda i piegowata.
      Hacker ożywił się, kiedy ujrzał Nikki.
      — Hej! — przywitał ich. — Wiem! Chodzi wam o tę poronioną wyspę — wycelował palcem w seksowną blondynkę.
      — Właśnie. Dowiedziałeś się czegoś? — niewinnie zapytała.
      — Jakżeby inaczej! Takich fortyfikacji nigdy dotąd nie widziałem — wartko zaczął. — Z map satelitarnych niewiele wynika. Jednak udało mi się dotrzeć do sekretnej bazy danych, w której jest wszystko o tej enklawie. Wpadniecie do mnie, to wam pokażę. Jak pragnę zdrowia, będziecie jedynymi na kuli ziemskiej, wyjąwszy garstkę wcześniej wtajemniczonych!
      — Chcemy tam popłynąć jachtem — wtrącił się Oscar.
      W oczach Nathana pojawiły się wesołe iskierki. Zatarł ręce.
      — Chcesz robić za Jamesa Bonda? Stalibyście się karmą dla rekinów, o ile by coś z was zostało. Tę wyspę trzeba wziąć sposobem. Mają tam wyrzutnie torped, nie mówiąc o przystani dla łodzi podwodnych. Brzegi są zaminowane, ale nie wszędzie. Powinniście wyposażyć się w drony z pociskami klasy powietrze-ziemia — zażartował.
      — Jest aż tak źle? — Pomyślał, że zamiast karabinków snajperskich bardziej przydałyby im się ręczne wyrzutnie rakiet, granatniki i stingery. Jednak nie ciągnęło go do strzelaniny, po której trzeba było po kolana brodzić w łuskach.
      — Zależy, co kto lubi. Gdy przyjedziecie, wyjaśnię, jak tam się dostać. Nie ma rzeczy niemożliwych. Każdy system zabezpieczeń ma przecież słabe punkty.
      Na taką przynętę Oscar dał się złapać. Porozmawiali jeszcze chwilę, umawiając się na następny dzień.
      Kiedy odeszli, chłopak mimochodem zapytał Nikki:
      — Jak ci się udało go przekonać? Chyba nie próbowałaś…
      — Nie, nie! Nie tak, jak myślisz — natychmiast wpadła mu w słowa. — Zorganizowałam mu dziewczynę, żonę — rzekła konspiracyjnym szeptem. — Jedną, a potem drugą. Taki był układ.
      — Rety! A gdzie te laski znalazłaś? — zdziwił się.
      — U mamy w bibliotece — powściągliwie wyjaśniła. — Obie studiowały informatykę. Nawiedzone jak on. Nie, nie… — znowu ubiegła jego pytanie. — Jeśli chodzi o aparycję i higienę, jego panny są całkiem do rzeczy. Pewnie wezmą się za niego i zmuszą go do porządnej kąpieli. I wytłumaczą mu, do czego służy grzebień — perorowała. — Imponuje im jego wiedza. Facio potrafi siedzieć przy komputerze dwadzieścia godzin na dobę. Już ci mówiłam, nie ma systemu, do którego nie potrafiłby się włamać. Cwaniak straszny, nigdy nie dał się nakryć. — I dodała: — Aż dziw bierze, ze nas zaprosił. Podobno pracuje na sprzęcie, o jakim nawet nam się nie śniło. Najnowszej generacji. A propos! — zmieniła nagle temat. — Wiecie, że przeżyły załogi okrętów podwodnych? Do głębin morskich ponoć superwirus nie dotarł. Ale ci biedacy nie mogą się wynurzyć — zrobiła smutną minę — bo to byłby ich koniec.
      Oscar się zastanowił.
      — Na dwoje babka wróżyła. Wcześniej czy później muszą to zrobić, nie mają innego wyjścia. Skończy im się powietrze — ostrożnie dedukował. — Chociaż z drugiej strony patrząc… — skrzywił się. — Nowoczesne jednostki mogą się obywać całe tygodnie bez wypływania na powierzchnię.
      — Cóż to za życie? — westchnęła Natasha. — Jak w puszce sardynek? Bez prawa do powrotu na ląd? Koszmar! Chyba że tacy ludzie jak John Marshall coś wymyślą.
      — Ratunkiem byłaby szczepionka — zauważyła Nikki.
      Oscar wrócił myślami do chodzącej mu po głowie wyprawy na południe Florydy. Początkowo wyobrażał sobie, że jest Krzysztofem Kolumbem, opuszczającym pod flagą Kastylii port w Palos de la Frontera w sierpniu 1492 roku. Teraz jednak planowana wyprawa przestawała przypominać niegroźne poszukiwanie drogi do Indii. Przeistaczała się w niebezpieczną krucjatę przeciw inteligentnemu wrogowi, który był zdolny skutecznie się bronić, bowiem korzystał z najnowszych zdobyczy techniki. Jak się nazywał ów multimilioner i kim był naprawdę? I czy nie zagrażał pozostałej przy życiu reszcie gatunku ludzkiego?
      — Kości zostały rzucone — szepnął do siebie.
      Chłopak nie przekroczył jeszcze Rubikonu i nie wybrał się w drogę, tym niemniej czuł, że wcześniej czy później musi to zrobić. Nie zamierzał rezygnować. Nie leżało to w jego naturze.


04.03.2015 :: 09:30
Link |  | A jeśli jutra nie będzie