EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Hegemone. Myśląca planeta


      Przyszedł mi do głowy pomysł na nową powieść, względnie mikropowieść SF. Na odległej o 1500 lat świetlnych od Ziemi planecie ląduje statek Demostenes z kolonistami. Główny bohater, Harry Miller, budzi się po hibernacji. Okazuje się jednak, że ta planeta nie jest tak życzliwa ludziom, jak tego się spodziewano. Przybyłych czekają niespodzianki. Utwór jest oparty — m.in. — na motywach kosmogonii tahitańskiej.
      A zaczyna się tak:

      Wracała mi świadomość. Ze stanu głębokiego snu wyrwało mnie ciche pikanie urządzeń, zajmujących ścianę, biegnącą wzdłuż kabin hibernacyjnych. Otworzyłem oczy. Odsunęła się pokrywa osłaniająca leże. Mogłem wstać. Kiedy spałem, aparatura dbała o mięśnie, systematycznie je pobudzając, więc bez wysiłku wydostałem się z hibernatora. Nie musiałem przechodzić żadnego treningu. Stopy zostawiały mokre ślady na posadzce. Sąsiednie kabiny hibernacyjne były jeszcze zamknięte. Dochodzili w nich do siebie Michael, John i Matthew, pokładowi mechanicy i specjaliści od sprzętu na powierzchni. Wszedłem pod prysznic, ginąc w kłębach pary. Potem owiał mnie suchy wiatr, a na koniec moja skóra pokryła się cienką warstwą fluidu regeneracyjnego.
      Migały sygnalizatory. Pojąłem, że stawiano na nogi wszystkich bez wyjątku. Zgodnie z ustaleniami miałem spędzić w hibernatorze sto dwadzieścia lat, podobnie jak inni członkowie załogi Demostenesa, wyjąwszy pełniących dyżury. Jednak dopiero gdy podszedłem do pulpitów kontrolnych, ze zdziwieniem odkryłem, że nie spaliśmy tak długo. Komputer obudził nas już po czterdziestu latach. Dlaczego tak wcześnie? Co się stało?
      Ciekawiło mnie, co zmieniło się w pobliżu naszego kolosa i z zaaferowaniem szukałem ujęć z powierzchni. Popłynęły obrazy. Dawały do myślenia. Dookoła statku znaczyła się ściana świeżo wyrosłej gęstej dżungli. Odrodziła się bez przeszkód i była prawie taka, jak przez naszym przybyciem. Upewniłem się co do poziomu szkodliwego promieniowania. O dziwo, nic nam już nie groziło. Kiedy lądowaliśmy, eksplodowały nasze silniki, a fala uderzeniowa spopieliła całą roślinność w promieniu kilkuset kilometrów. Bujny las przepadł i pozostał po nim jedynie martwy grunt. Nie mogliśmy wyściubić nosa z Demostenesa przez ponad sto lat, jeśli nie chcieliśmy wystawiać się na ryzyko.
      Dopadły mnie wątpliwości. Jakim cudem tak szybko ustąpiło skażenie terenu? Ktoś za nas posprzątał? A może popełniliśmy błąd w obliczeniach? Przypomniało mi się, co zdradził George Wilson, znany z tego, że rzucał co rusz oryginalnymi hipotezami. Nie były to jednak niewydarzone pomysły. Zwykle trafiał w dziesiątkę. Sugerował, że ta planeta posiada myślące jądro. I że jest ono odpowiedzialne za rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Myśląca planeta? Nie spotykaliśmy takich w kosmosie. Tym niemniej zastanawiała mnie jej niezwykła budowa. George zwrócił uwagę na to, że półkula wschodnia i zachodnia są takie same, biorąc pod uwagę linie brzegowe i nawarstwienie terenu, co kłóciło się z prawami natury. Bardzo podobne doliny, rzeki i jeziora, podobne góry. Jedna połówka globu stanowiła nieomal wierne odbicie drugiej.



01.03.2018 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Hegemone