Jubileusz
Czwartek, 9 października. Obchody sześćdziesięciolecia Miejskiej Biblioteki Publicznej w moim rodzinnym mieście. Uroczysta sesja w SCK odświeża mi wspomnienia i dostarcza wielu wzruszeń. Z tą biblioteką czuję się bowiem związany od najmłodszych lat. Jawiła mi się już w latach przedszkolnych jako niepojęta świątynia dumania i przedsionek tajemniczego świata, do którego wstępu broniły stojące na półkach milczące książki.
09.10.2008 :: 16:00
Komentuj (0)
No to lecimy!
Futurystyczny wystrój wahadłowca, obsługującego uczęszczaną trasę z orbity Diany do bazy Merkury, daleki był od tego, do czego hołdujący tradycji Raoul zdążył przywyknąć w swoim uroczym gniazdeczku w Nowym Konstantynopolu. Kierował uwagę podróżnych ku czwartemu tysiącleciu. W obrębie konsoli dla pasażerów nie brakowało błyszczących chromowych wykończeń, polaryzującego niby-szkła i punktów świetlnych, wywołujących nieodparte wrażenie, że słońca zawsze trzeba szukać w dole. Nawet drzwi do kajut nie były całkiem prostokątne, jakieś ukośne, jakby siła grawitacji już nic nie znaczyła. Przy wyposażaniu wnętrz dziwnym trafem zapomniano o pionie. Gdyby poczekał jeszcze dzień lub dwa, zaokrętowałby się na coś mniej ekstrawaganckiego, ale zależało mu na tym, żeby złapać wybrane połączenie. Porzucił myśli o luksusowej dziupli na Dianie, a skierował uwagę ku swoim wrogom. Nie był pewny tego, czy podoła i czy nie powinie mu się noga. Na pokojowe rozwiązanie się nie zanosiło i było ono melodią dalekiej przyszłości. Czy nie rzucał się z motyką na słońce? Czy jak Don Kichot nie zamierzał walczyć z wiatrakami? I z kim właściwie chciał się mierzyć?
01.10.2008 :: 11:33
Komentuj (0)
Trzymały dobry kurs
Dumał nad swymi planami, nie mając zielonego pojęcia, że już za chwilę okrutna konieczność weźmie górę nad jego beztroską. Jeżeli miał nadzieję, że na trzech zamachach na jego życie tamci poprzestaną, to jakże się mylił. Czy groziło mu porwanie? Nie sądził, by miało dojść do takiej ostateczności. Tym bardziej, że po ostatnich zajściach jego prześliczne wojowniczki starały się od niego nie oddalać, a przynajmniej jedna z nich nie traciła go z oczu. I teraz wierna Afrodyta stała przy wyjściu na dziedziniec, czujnie śledząc jego kroki. „Kochane kociaki!” — pomyślał z uznaniem. Zakręciła się mu łza w oku. Nie były samolubne, brzydkie i złe, a musiały się nim zajmować jak jakimś matołkiem. To uwłaczało godności mężczyzny. Jednak nie miał wyboru. Korzystał skwapliwie z ich opieki, nie chcąc kusić losu. Trzymały dobry kurs.
Cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. Był starym prykiem, więc z przyzwyczajenia lubił patrzeć roboczym androidom na ręce. I tym razem nie popuścił prymitywnemu cyborgowi, który przy piątku przyleciał mobilem, aby wyczyścić jego basen. Owiraptory podbiegły w podskokach, obwąchały intruza i zaraz się ulotniły. Robot o szczurzej twarzy miał tupet. Zwykle powoli wyjmował rurki wodnego odkurzacza i układał je równo obok siebie. Tym razem je gwałtownie wysypał. Raoul z niejakim zdziwieniem podszedł do niego, nie przeczuwając niebezpieczeństwa. Zlustrował go z bliska z uwagą. Zorientował się, w czym rzecz, gdy tamten podniósł raptem jedną z nich i agresywnie zamierzył się na niego. To trwało ułamek sekundy. Panika, chaos i strach. Raoul krzyknął, uchylił się i instynktownie skoczył do wody. Kątem oka dostrzegł ruszającą mu na ratunek Afrodytę. Kiedy odważył się wynurzyć, było już po wszystkim. Serce łomotało mu jak szalone, omal nie wyrywając się z piersi. Rozwaliła mu ryj? Nie, wbiła go głową w ziemię. I to dosłownie. Ręce i nogi androida bezradnie się poruszały, nie znajdując oparcia.
— Możesz już wyjść! — zawołała, nie odstępując nienawistnie zaprogramowanego cyborga.
Podpłynął do brzegu i cały się trzęsąc wydostał się na powierzchnię.
29.09.2008 :: 09:03
Komentuj (0)
Wybierał się jak sójka za morze
Wybierał się jak sójka za morze. Utknął w martwym punkcie. Nie chciało mu się nigdzie lecieć. Jeszcze na dobre nie opuścił Diany, a już marzyło mu się, żeby z ulgą wrócić na stare śmiecie. Z „Kamasutrą we troje” pod pachą ospale rozglądał się po zielonym dziedzińcu, w myślach go zdobiąc i upiększając. Znalazł co prawda połączenie z Ganimedesem, z przesiadką w bazie Merkury, stacji ciągnącej się za Dianą w odległości czterech dni lotu, ale jeszcze nie dokonał rezerwacji. Ostatnie dni uprzytomniły mu, że jego willa jest zadbana, estetycznie urządzona, ale nadto skromna i surowa. Straszyła brakami wyposażenia. Daleko mu było do tego, by cieszyć się atmosferą sułtańskiego pałacu. Była pozbawiona przepychu, cenionego przez nababów, umiejących pławić się w luksusie i nie odmawiających sobie niczego. W salonie nie miał stwarzającego dyskretny nastrój trzaskającego skrami kominka, pozwalającego zapatrzeć się wieczorem w senny taniec lotnych płomieni. Czy świat nie był według Heraklita wiecznie żyjącym ogniem? Czy jego żar nie wyrażał natury bytu? Nie miał jacuzzi i oczyma wyobraźni widział już usytuowany obok nazbyt sportowej pływalni niewielki luksusowy basen z wyrafinowanymi masażami wodnymi i bogatym obstalunkiem. Czego mu jeszcze brakowało do szczęścia? Pływającej tuż nad murawą eleganckiej platformy, jednej z tych, na które była ostatnio moda? Ogromnych perskich dywanów, stylowych mebli, kryształowych luster i efektownych obić, romantycznego oświetlenia i kamerdynera? Może kameralnej orkiestry, umilającej czas przy posiłku? Najlepszych win i wypraw do wykwintnych restauracji w centrum na smażoną na ruszcie polędwicę wołową z ziemniakami, szaszłyki i inne dania z karty? Szumnych rautów w towarzystwie wytwornie odzianych pięknych młodych kobiet z uderzającym seksapilem? Lista planowanych sprawunków nieoczekiwanie się wydłużyła, bo przychodziły mu do głowy kolejne porywające pomysły. Miał lecieć na ten obmierzły księżyc w Układzie Jowisza i te ambitne starania odłożyć na później? Zapomnieć o zbytku? Mobil odzyskał, bo tamten rozbity był ubezpieczony i firma bez słowa zafundowała mu następny. Nawet w tym samym kolorze karoserii. System alarmowy w willi wymieniono mu na lepszy. Ale o wszystko inne sam musiał się zatroszczyć.
24.09.2008 :: 17:21
Komentuj (0)
Wokół antropologii biblijnej
Ukazał się drukiem mój artykuł, poświęcony antropologii judaistycznej. Odwołuję się w nim do modelu trychotomicznego człowieka i jego zastosowania w eschatologii. Tekst nie jest duży i pewne rzeczy z konieczności w nim pominąłem. Przede wszystkim tezę, zgodnie z którą w ST współistnieją trzy modele antropologiczne o różnym przeznaczeniu, bo obok trychotomicznego również monistyczny i dualistyczny (ten ostatni o wydźwięku etycznym lub etyczno-kosmologicznym).
Odrębny temat, to możliwe badania porównawcze. Chodzi przede wszystkim o rzetelne zestawienie antropologii judaistycznej z antropologią grecką. Ta zaś wcale nie jest znowu taka dualistyczna (Platon i Arystoteles), jak to sobie często mylnie wyobrażamy, upraszczając wiele zagadnień.
Pierwiastek ruah, zasadę ruchu, zasadę życia, najłatwiej utracić z pola widzenia refleksji teologiczno-antropologicznej. Jest on bowiem w Biblii najbardziej ulotną składową ludzkiego jestestwa. Należy więc w tym kontekście w pierwszej kolejności zapytać, czy w myśli greckiej można dostrzec jakiś jego odpowiednik. Na to pytanie paść może tylko jedna odpowiedź. Oczywiście, twierdząca.
Zagadnienie ruchu jest jednym z kluczowych w filozofii greckiej. Zasadę ruchu, zasadę życia inaczej jednak sytuuje Platon, inaczej Arystoteles. W myśli Platona dusza ludzka jako przynależna do świata idei jest sama dla siebie (absolutnym, niezależnym) źródłem ruchu. To tłumaczy jej boskość i nieśmiertelność oraz zdolność reinkarnacji. U Arystotelesa rzuca się w oczy względność zasady ruchu ludzkiego compositum. Siła napędowa duszy ludzkiej jako formy ciała wynika z tego, że jest częścią przyrody, której to dynamizm nie jest zrozumiały bez odwołania się do pierwszego nieruchomego sprawcy ruchu (pierwszego poruszyciela). Dusza ludzka jest tu zależna od zewnętrznych źródeł ruchu, tym samym więc śmiertelna. Umiera, podobnie jak umysł bierny (nous patheitkos) i ciało. Odrębny problem, to — ma się rozumieć — umysł czynny (nous poietikos), który jest nieśmiertelny.
Warto również pamiętać o szerszym kontekście tego zagadnienia. Już u Homera, obok opisów różnych stanów psychicznych, znaleźć można wzmianki o zasadzie życia psychicznego. Jest nią oddech, podobnie jak w ST, wychodzący z ust umierającego lub głębokiej rany.
22.09.2008 :: 10:03
Komentuj (0)
Co się komu może śnić
czyli początek jedenastego rozdziału...
Spał niespokojnie, trapiły go zmory i nerwowo rzucał się po posłaniu, odchorowując kraksę i remont willi. Śniło mu się, że jego madonny jak marcowe koty wymknęły mu się spod kontroli i błąkały się po pokryciach i kalenicach dachów. Ledwo się znaczyły na tle ciemnogranatowego nieba. Poniosło go za nimi. Gdzieś tam w dole pozostał komandor z Urana w towarzystwie odzianych w jedwabne kimona posłusznych gejsz, nie oddalających się od niego ani na krok. Tamten łypał za nim zdziwionym wzrokiem, widząc, że jego nieporadny sąsiad przegrywa z nieokiełznanymi tygrysicami. Raoula bolały te spojrzenia. Błaźnił się w jego oczach. Rozpaczliwie usiłował mu udowodnić, że może je utemperować i przywołać do porządku. Próbował je dogonić, ale na próżno. Ścigał je, straceńczo mknąc za nimi, trzeszczały mu pod nogami zakładkowe esówki, marsylki i płaskie karpiówki, lecz gdy sobie naraz uprzytomnił, że musi przeskoczyć na kolejną pochyłość, stracił wątłą równowagę. Łapał powietrze, desperacko kręcąc młynka rękami. Krzyknął ze strachem i uchylił powiek. Uniósł głowę i niepewnie się rozejrzał. Jego twarz była pokryta kropelkami potu i czuł się jak z krzyża zdjęty.
Nie opuściły go, były tuż obok i pilnowały go jak źrenicy oka. Pochylały się nad nim, odziane w czarne kombinezony, w których stawały się niewidoczne dla noktowizorów.
— Krucho z nami? — wyjąkał, przewidując najgorsze.
Afrodyta przyłożyła mu palec do ust.
— Niedaleko stąd, na wprost wejścia, przyczaiło się dwóch typków — konspiracyjnie szepnęła mu do ucha. — Wymkniemy się, żeby im się przyjrzeć. Jeśli będzie trzeba, przetrzepiemy im skórę.
10.09.2008 :: 10:06
Komentuj (0)
Połowa jedenastego
No i jakimś cudem jestem już w połowie jedenastego rozdziału. Właściwie miałem sobie zrobić przerwę, no ale do dziesiątego zacząłem wrzucać różne ubarwiające akcje detale i w rezultacie spuchł i pękł. Musiałem go podzielić.
Dziwnym trafem to pisanie bardziej przypomina zabawę niż pracę...
05.09.2008 :: 16:56
Komentuj (0)
Jak bardzo zmienił się nasz obraz świata...
O ile ludy pierwotne uznawały, że ziemia jest płaska jak naleśnik, że podtrzymują ją mityczne delfiny lub słonie, a oś „góra — dół” pozwala wyodrębnić w ograniczonym przestrzennie świecie trzy sfery, niebiańską, ziemską i podziemną, o tyle dzisiaj, zatem kilka wieków po rewolucyjnym odkryciu Mikołaja Kopernika i pracach wybitnego matematyka i astronoma Jana Keplera, w kadrze nauki widać wszechświat o niewyobrażalnej wręcz wielkości i bardzo długiej historii.
Układ Słoneczny jest w nim drobiną, a niewiele większym odpryskiem jest też mająca średnicę stu tysięcy lat świetlnych — stanowiąca dom człowieka — Galaktyka Drogi Mlecznej (200 miliardów gwiazd). Ewolucja kosmosu, opisywana teorią Wielkiego Wybuchu, trwa już kilkanaście miliardów lat i obejmuje w swej obecnej fazie również organizmy żywe.
Mikroskopijną Ziemię dużo trudniej w nim odnaleźć niż przysłowiową igłę w stogu siana.
24.08.2008 :: 08:57
Komentuj (0)