EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







„Kasandry” ciąg dalszy...


Skrystalizowała mi się w głowie druga część „Kasandry” więc zacząłem dalej pisać. Wyjdzie chyba z tego zapowiadana powieść „Bunt androidów”. A zapowiada się arcyciekawie. O ile w pierwszej części Kasandra na potęgę zdradza swego partnera, o tyle w drugiej usiłuje go zabić i roznieść na strzępy cały drugi poziom. Kulminacyjną rozgrywkę z fajerwerkami planuję w dżungli amazońskiej. Oto fragment biegnącego jeszcze w spokojnym tempie 6. rozdziału:


      Z rozpaczą pojąłem, że mi się wyślizguje. Podcinała gałąź, na której siedziała. Pomyślałem, że strzelę sobie w łeb, jeśli znowu będzie chciała działać w pojedynkę. Pogodziłem się z tym, że Ka jest kolorowym motylem, a ja przy niej zieloną gąsienicą, jednak nie zamierzałem tańczyć jak ona zagra. Nie tak to miało wyglądać. A Re-Ton obiecywał złote góry. Odnosiłem sukcesy dzięki temu, że bezwzględnie przestrzegałem pewnych zasad.
      Przy śniadaniu wróciliśmy do porzuconego tematu. Kiedy wszedłem do segmentu kuchennego, dwaj Oorianie właśnie kończyli się posilać. Ich jaskrawe tuniki bogato zdobiły najróżniejsze wzory. Obejrzeli się na mnie przyjaźnie. Życzyłem im smacznego. Gdybym musiał ich komuś opisywać, rzekłbym, że najbardziej przypominali ziemskie trolle. W czasach moich podbojów wierzono, że takie stwory istnieją. Miały zamieszkiwać niedostępne lasy, góry i jaskinie. Oorianie nie byli tak brzydcy jak one, mimo swych kartoflanych nosów i cokolwiek otyłych kształtów.
      Zamówiłem chrupiącą golonkę z kością i zimne piwo. Nie wiem, dlaczego taki zestaw przyszedł mi do głowy. Usiadłem z tacą przy blacie z przeźroczystego tworzywa. Nie miał oparcia, mimo to pewnie unosił się w powietrzu. Odrobinę się obniżył, dostosowując do moich potrzeb. Kasandra weszła w chwilę później, wymijając się w drzwiach z Oorianami. Miała na sobie zapinaną z przodu na drobne guziczki krótką czerwoną sukienkę, eksponującą zgrabne nogi. Marudziła przy dozowniku, szukając dla siebie czegoś ekstra. Wreszcie przysiadła się do mnie, trzymając w ręku wysoką szklankę z nijakiego koloru koktajlem. Poczułem zapach grejpfrutów i bananów.
      — Dbasz o linię? — rzuciłem z miną niewiniątka.
      Beznamiętnie przytaknęła. Włożyła słomkę i spróbowała. A potem wzięła mnie na spytki.
      — Czy spałam z tobą na Ziemi w czasie pierwszej misji?
      Zarumieniłem się po same uszy.
      — Tak — wykrztusiłem zawstydzony.
      — A czy rżnęli mnie inni goście? — nadal mnie sondowała.
      Sparaliżowało mnie. Nie byłem w stanie się wykręcić. Umiała wydobyć ze mnie, co chciała i spowiadałem się przed nią jak dziecko. Potwierdziłem nieznacznym ruchem głowy.
      — Ilu? — drążyła ten temat.
      — Sześciu — wybąkałem zakłopotany, czując, że posuwam się za daleko. Wbrew swojej woli śpiewałem jak z nut. — Sama chciałaś, rajcowało cię to… — niechcący dolałem oliwy do ognia. Cholera, głos mi drżał.
      Uraziłem jej kobiecą dumę i doprowadziłem ją do szału. Spojrzała na mnie złowrogo, a jej oczy pociemniały. Wulkan eksplodował. Szybkim ruchem złapała szklankę z koktajlem i z wściekłym rozmachem cisnęła nią o ścianę.
      Stuliłem uszy, z przerażeniem wpatrując się w jej z nagła pobladłą twarz. Spociłem się jak mysz.
      — To aż tak źle? — wygęgałem. Dać się wydymać paru facetom, cóż to strasznego? Bywały dużo gorsze rzeczy.
      Nie kryła wzburzenia, a jej piersi falowały. Zerwała się od stolika. Przeszyła mnie wzrokiem bazyliszka.
      — Już mówiłam. Muszę dowiedzieć się wszystkiego — warknęła, celując we mnie palcem jak spluwą. — Z detalami. I dowiem się, gwarantuję ci!
      Odwróciła się na pięcie i majestatycznie wyszła, zostawiając mnie samego. Z kąta niemrawo wynurzył się nierozgarnięty robot, żeby po niej posprzątać.
      — Jasny gwint, a to ci dopiero będzie! — wymamrotałem, z niedowierzaniem kręcąc głową. Traciłem nad diablicą kontrolę. Jeśli sądziłem, że w nowym wcieleniu nie sprawi mi kłopotów, to się myliłem.


16.08.2011 :: 17:16
Link |  | Bunt androidów