EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Kolejna wirtualna podróż,
tym razem do Acapulco...


Fragment „Buntu androidów”

      W boksach Oorian panowało zamieszanie. Z nudów tam pożeglowałem, by zobaczyć, co się dzieje. Chcieli uchronić zamieszkałą planetę w Galaktyce Trójkąta przed zbliżającą się asteroidą i gotowali się do akcji. Byli wkurzeni, bo nie zgadzały im się obliczenia. Szukali przyczyn. Dałem sobie z nimi spokój i podszedłem do Trójokiego.
      — Co nowego? — sennie zaczepiłem Or-Mata, nieruchomiejąc za jego plecami.
      — Są wyniki, ale nie będziesz z nich zadowolony — leniwie mruknął, łypiąc na mnie roztargnionym wzrokiem. — Twoi agenci dostali za akcję w Brazylii od stu do trzystu punktów. To wyjątkowo dużo. Ty jesteś na zerze…
      Nie chciało mi się wierzyć.
      — Jak to? — zabulgotałem jak indor. — To jakiś żart? — Byłem dumny z tej misji. — Przecież zrobiłem, co do mnie należało!..
      — I ocenili cię jak należy, sporo ci przyznali — potwierdził. — Tyle samo jednak odjęli za naruszenie naszych zasad.
      — Do stu piorunów, co za dewianci, jakich zasad? — zaperzyłem się. O co jak o co, ale o zapłatę należało się upominać. — Pogięło ich, czy co?
      — Wybacz, stary, to moja wina — usprawiedliwił się, postanawiając wziąć uchybienie na siebie. Usiłował mnie udobruchać. — Znaleźliśmy się w stanie wyższej konieczności, wszystko wisiało na włosku, więc uznałem, że możemy naruszyć żelazne reguły gry. Niestety, byli innego zdania. Rzecz w tym, że nie wolno nam uczestniczyć we wspólnych misjach z androidami z pierwszego poziomu. Żadnego spoufalania się z tamtymi! — zaakcentował. — Kierowanie akcją należało zlecić Harry’emu lub innemu agentowi.
      — Skandal, jak tak można? A to łotry!..
      Usiadłem przy Trójokim, masując lekko zdrętwiałą rękę. Awansowałem, ale co z tego. Wszystko kręciło się po staremu i były rzeczy, na które nie miało się wpływu.
      — Obiecałem Lenie, że z nią się zobaczę — wycedziłem naburmuszony. Nie zamierzałem rezygnować ze schadzek z cudownym kociakiem, a dziewczyna była za słodka, by spisywać ją na straty.
      — Ha! — Or-Mat oparł się wygodnie. Na jego twarzy pojawił się wyraz lekkiego rozbawienia. Mrugnął trzecim okiem. — Nie ma sprawy — odpowiedział. — Zlecisz jej drobną misję w uroczym zakątku Ziemi i polecisz za nią. Powinieneś jednak zachować ostrożność, żeby generator was nie nakrył.
      Moje brwi powędrowały wysoko. Musiałem przyznać, że mnie zaskoczył. Rzucił to tak, jakby chodziło o coś z gruntu błahego, a ktoś go spytał, ile jest dwa razy dwa.
      — Jestem pod wrażeniem — rzekłem. — Zatem można wykiwać tych drani z trzeciego poziomu?
      — Czemu nie? Każdy tu się urządza jak może, lawiruje i kluczy, żeby wyjść na swoje, posiedzisz dłużej, to się przekonasz — wyjawił ze zdumiewającą szczerością. I dorzucił: — Nikt nie może odmówić ci prawa do podróży. Cały kosmos przed tobą! Możesz szlajać się, gdzie chcesz, pod warunkiem, że się nie zdekonspirujesz. Cóż z tego, że natkniesz się przypadkiem na agenta z pierwszego poziomu, któremu akurat zlecono coś pilnego? A kogóż to obchodzi?
      Chciał jeszcze coś dodać, ale ugryzł się w język. Przestałem go zajmować. Wrócił do grafów na monitorach. Pochłaniała go praca. Harował jak wół, chociaż nikt go nie popędzał.
      Opuściłem go nie bez oporów i usiadłem w moim boksie. Uzmysłowiłem sobie, że nie mam prawa do uroczej Leny. Pakowałem się w ryzykowny mezalians i mogłem za to słono zapłacić. Czułem do niej miętę, ale miałem związane ręce, bo byłem, kutwa, z wyższej sfery! Mimo to nie zamierzałem złamać danego jej słowa.
      — Zlecenia dla androida płci żeńskiej — markując obojętność rzuciłem do komputera. — Układ Słoneczny, Ziemia, opcjonalnie: wyspy w tropikach.
      Wyświetliła mi się notatka o tytule „Acapulco”. Przeczytałem ją ze zmarszczonymi brwiami. Należało dorwać handlarza bronią i udaremnić planowaną transakcję. Skoczyło mi ciśnienie. Zadanie uznałem za nietrudne i pojąłem, że następnego dnia będę mógł zabrać się za budzenie mego aniołeczka. Gra była warta świeczki.
      — Acapulco? Gdzie to jest? — nerwowo zapytałem. — Aha, w Meksyku, w strefie podzwrotnikowej, z drugiej strony kontynentu, na wybrzeżu Pacyfiku.


18.02.2012 :: 15:00
Link |  | Bunt androidów