EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Krwawe safari. Karabinki myśliwskie obcych


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Niżej wzniesienia kończyły się jak uciął, przechodząc w płaską niby to afrykańską wysokotrawiastą sawannę, poprzecinaną spływającymi z gór strumieniami, a zdającą się być bez granic. Ze zdumieniem przyglądałem się pasącym się ogromnym stadom zwierząt. Były tu gatunki, żywcem przeniesione nie tylko z wyżyn Kenii, antylopy, bawoły, słonie i żyrafy, ale również z parków jurajskich. Wpadały mi w oczy brachiozaury i diplodoki. Innych gadów nie umiałbym nazwać. Między roślinożernymi zauropodami znaczyły się gromady zwierząt, które na pewno nie pochodziły z mojej planety.
      Amfibia opadła na niewielkie wzgórze, porośnięte akacjami i baobabami. Grunt był kamienisty. Wysiedliśmy z bronią, zeskakując na rzadką w tym miejscu trawę. Przepłoszyliśmy pobliskie stado bawołów o przedziwnie krętych rogach. Zwierzęta ruszyły, oddalając się od nas.
      — Na co zapolujemy? — zapytałem Daisy.
      — Na razie poćwiczcie na drzewach — zaproponowała. — Zobaczę, jak sobie radzicie. Potem zajmiemy się tyranozaurami. Za bardzo się rozmnożyły i należy przerzedzić ich populację.
      — Skąd się tu wezmą?
      — Komputer pokładowy zacznie emitować sygnał, który je przywoła.
      Wybrałem za cel jeden z pobliskich baobabów. Strzeliłem dwa razy z muszki, ale chybiłem.
      — Korzystaj z obiektywu. — Objaśniła mi, do czego służą przyciski. — Broń będzie superniezawodna po zaktywizowaniu sprzężenia z twoim systemem nerwowym. Jeśli przekażesz mentalnie informację, w co chcesz trafić, pocisk pójdzie nawet po krzywej.
      — Rany, to tak można? Rewelacja!..
      Po kilku minutach prób panowałem już nad enbargońską zabawką. Byłem zdziwiony, że takie gówienko potrafi dostosowywać się do moich myśli.
      — Zaraz się pojawią, musimy czekać — rzekła Daisy, wpatrując się w poruszane lekkim wiatrem trawy. — Nie spodziewaj się jednak gigantów, mających ponad dziesięć metrów długości. Występujące tutaj okazy są wielkości człowieka, poruszają się szybko i potrafią polować. Łączą się w stada. Jeśli będzie ich za dużo, wycofamy się do amfibii.
      Pierwszy tyranozaur wystawił nad trawy swoją wstrętną mordę. Skoczyła mi adrenalina. Wycelowałem i wypaliłem. Skróciłem go o głowę. Daisy i Jacqueline też zaczęły strzelać. Pojawiły się następne pyski. Było ich ze dwadzieścia i na moment zwątpiłem w swoje siły. Głęboko odetchnąłem. Drapieżniki szły całą falą od słońca, doskonale się kryjąc w wysokiej trawie. Broń się sprawdzała. Zerknąłem na skupioną Hinduskę. Unosiła brew i naciskała spust, raz za razem. Położyłem kilka kolejnych sztuk. Tłukłem gady jeden po drugim, jednak wyrastały jak z pod ziemi następne. Jacqueline ustawiła swój karabinek na większą moc i jej okazy wyrzucało w górę. Tyranozaury rwały w stronę amfibii, nie bacząc na zagrożenie. Wreszcie znikły.
      — Co się stało? — zapytałem Daisy.
      — Są inteligentne. Pojęły, że muszą zmienić taktykę. Teraz zaatakują ze wszystkich stron równocześnie.
      Szykowała się wojna nerwów. Rozstawiliśmy się dookoła maszyny. Daisy miała rację, tyranozaury nas okrążyły. Nie zamierzały rezygnować ze zdobyczy. Znowu uderzyły. Wzorem Jacqueline ustawiłem karabinek na większą moc. Radziliśmy sobie, dziesiątkując agresywne gady, jednak nadal napływały nowe. Podchodziły coraz bliżej i widziałem ich ostre zęby.
      — Przejdź na ogień ciągły! — krzyknęła do mnie Jacqueline.
      Teraz broń pluła pociskami w niewyobrażalnym tempie. Oczyściłem sobie pole, a przede mną przybyło rozerwanych ciał.
      Jednak na komendę przezornej Daisy wycofaliśmy się do kabiny.
      — Ufff! — sapnąłem wniebowzięty, sadowiąc się w fotelu. — Ale frajda! Niezła akcja. Daliśmy popalić tym skunksom!
      Amfibia błyskawicznie wystartowała, nieruchomiejąc nad polem walki. Z wysokości kilkudziesięciu metrów rysował się krajobraz po bitwie. Wyglądałem przez iluminator, oceniając rezultaty bezpardonowego starcia. Byłem spocony z wrażenia, a serce mi tak waliło, jakbym właśnie wykonał sprintem pełne okrążenie bieżni.
      — Popatrz! — Daisy pokazała palcem.
      W stronę wzgórza ciągnęły już setki gadów. Zatrzęsienie. Uzmysłowiłem sobie, że gdybyśmy tam dłużej zostali, niechybnie pożegnalibyśmy się z życiem. We trójkę nie mielibyśmy żadnych szans.
      — Co by się stało, gdybyśmy nie wskoczyli na czas do kabiny? — zapytałem hinduską księżniczkę.
      Zadumana Daisy milczała, więc Jacqueline za nią usłużnie odpowiedziała.
      — Komputer pokładowy roztoczyłby nad nami awaryjne pole ochronne. Ratowałby nas, bo tak jest zaprogramowany. — I zaraz dodała: — Ale wtedy Daisy miałaby przechlapane. Byłby alarm, hałas na całą galaktykę. Musiałaby się pożegnać z wyprawą na Marsa.
      Przez chwilę przeżuwałem w myślach tę rewelację. Nie spodziewałem się, że z tej małej będzie taka ostra sztuka.
      — Lubisz ryzykować! — rzuciłem do niej, jednak bardziej z podziwem niż z wyrzutem.
      — Przesadzacie — mruknęła z lekka rozbawiona. — Było fajnie? Było. To o co wam chodzi?


19.11.2015 :: 11:00
Link |  | Enbargonki