EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(85)
Publikacje(43)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Krwiożercze skłonności


      Ślizgam się po wcześniejszych partiach tekstu, od czasu do czasu wciskając w ten podzielony na rozdziały tort jakieś rodzynki. Wojownik z Urch lepiej się prezentuje, jeśli wyakcentuje się jego krwiożercze skłonności. A oto wybrany fragment:

      JAK PRZYSTAŁO na doświadczonego wojownika z oślepiających białych pustyń Urch, wyczuł jego skrytą obecność. Tamten musiał ciągnąć za nim już od dłuższego czasu, z premedytacją się maskując i utrzymując niezbędny dystans. Z wolna przystanął i pieszczotliwie rozgarnął krzewy. Znalazł zagłębienie za zbutwiałym szerokim pniem powalonego tu dawno temu dębu. Zjechał głową poniżej gęsto rosnących paproci i zamarł w zwierzęcym bezruchu. Osłaniały go omszałe konary i gałęzie. Wcześniej cisnął kilkoma wygrzebanymi z poszycia szyszkami w tę stronę, w którą dążył, aby wywołać wrażenie, że trzeba go szukać dużo dalej.
      — Kim byś nie był, potworze, nie masz żadnych szans — bezgłośnie wyszeptały jego wargi. — Trzeba być pozbawionym wyobraźni głupcem, żeby mi wchodzić w drogę...
      Nie musiał długo czekać. Śledzący go był pewien, że jest bezpieczny. Nie wyczuł zagrożenia. Minął go w odległości kilku kroków, niespiesznie prąc naprzód. Potem coś go widocznie zaniepokoiło, bo z nagła się zatrzymał.
      Bezszelestnie wysunął się ze swojej kryjówki, nieomylnie kierując się w stronę niedoszłego łowcy. Spadł na niego jak błyskawica.
      Pastuch instynktownie się obrócił, zasłaniając twarz ręką. Odskoczył, zręcznie zamachnąwszy się biczem. Mu-ur przewidział ten nieudany atak. Bykowiec chlasnął więc powietrze.
      — To ty? — oniemiał. — Czemu za mną ciągniesz? — rzucił w swoim języku.
      Wyrostek chwilę milczał, ale przestało mu już z oczu dobrze patrzeć. Okazał się nadmiernie domyślny — chociaż z drugiej strony potrzebował niejakiego czasu na to, żeby ze zgrozą pojąć, kogo to wcześniej naprawdę spotkał.
      Gra była skończona.
      — Jesteś obcy — wykrztusił ze zgrozą. — Żmiją z tej wielkiej świątyni, co spadła z nieba...
      Zamachnął się wściekle jeszcze raz, a wojownik nie uznał tego za samoobronę. Tubylec nie miał takiego jak on refleksu. Cios w rękę sprawił, że bicz opadł na ziemię. Młokos był już w półobrocie. Złapał tamtego od tyłu za włosy i przejechał nożem po gardle. Chłopak wił się i charczał, tryskająca tętnicza krew zabarwiła czerwienią okoliczne krzewy, kopał nogami, a gdy uścisk wreszcie osłabł, bezradnie osunął się na ziemię.
      Mu-ur przyklęknął przy dogorywającym pastuchu. Szeptał coś z wściekłością, płynęła litania obcych słów, których nigdy nie słyszała ta planeta, zrazu cichych, jakby syczał wąż, potem przechodzących w wycie, jakiego nie powstydziłby się samotny wilk. Bestia była bestią i nie dawało się zmienić jej natury. Wykrzyczał swój nagły ból i piekącą nienawiść do wszystkiego, co żyło, poczym wstał i z ulgą się wyprostował. Poplamione krwią ręce starannie wytarł w pobliskie gęste trawy. Podobnie uczynił ze sztyletem.
      Zarżnięty jak świniak na plemienną ucztę pastuch był w posiadaniu czegoś, czego wojownik z pustyń Urch pilnie potrzebował. Stopy i łydki miał owinięte onucami, a od spodu skórami, następnie zaś okręcone wełnianym sznurkiem. Począł ściągać z niego te prymitywne skórznie, chcąc w nie wyposażyć siebie. Potem zajął się pasem, nasadzonym mosiężnymi ozdobami. Obejrzał go uważnie, ale z niego zrezygnował.

17.02.2004 :: 15:00
Link | Komentuj (4) | Zdrada strażnika planety