EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Krwiożercze skłonności


      Ślizgam się po wcześniejszych partiach tekstu, od czasu do czasu wciskając w ten podzielony na rozdziały tort jakieś rodzynki. Wojownik z Urch lepiej się prezentuje, jeśli wyakcentuje się jego krwiożercze skłonności. A oto wybrany fragment:

      JAK PRZYSTAŁO na doświadczonego wojownika z oślepiających białych pustyń Urch, wyczuł jego skrytą obecność. Tamten musiał ciągnąć za nim już od dłuższego czasu, z premedytacją się maskując i utrzymując niezbędny dystans. Z wolna przystanął i pieszczotliwie rozgarnął krzewy. Znalazł zagłębienie za zbutwiałym szerokim pniem powalonego tu dawno temu dębu. Zjechał głową poniżej gęsto rosnących paproci i zamarł w zwierzęcym bezruchu. Osłaniały go omszałe konary i gałęzie. Wcześniej cisnął kilkoma wygrzebanymi z poszycia szyszkami w tę stronę, w którą dążył, aby wywołać wrażenie, że trzeba go szukać dużo dalej.
      — Kim byś nie był, potworze, nie masz żadnych szans — bezgłośnie wyszeptały jego wargi. — Trzeba być pozbawionym wyobraźni głupcem, żeby mi wchodzić w drogę...
      Nie musiał długo czekać. Śledzący go był pewien, że jest bezpieczny. Nie wyczuł zagrożenia. Minął go w odległości kilku kroków, niespiesznie prąc naprzód. Potem coś go widocznie zaniepokoiło, bo z nagła się zatrzymał.
      Bezszelestnie wysunął się ze swojej kryjówki, nieomylnie kierując się w stronę niedoszłego łowcy. Spadł na niego jak błyskawica.
      Pastuch instynktownie się obrócił, zasłaniając twarz ręką. Odskoczył, zręcznie zamachnąwszy się biczem. Mu-ur przewidział ten nieudany atak. Bykowiec chlasnął więc powietrze.
      — To ty? — oniemiał. — Czemu za mną ciągniesz? — rzucił w swoim języku.
      Wyrostek chwilę milczał, ale przestało mu już z oczu dobrze patrzeć. Okazał się nadmiernie domyślny — chociaż z drugiej strony potrzebował niejakiego czasu na to, żeby ze zgrozą pojąć, kogo to wcześniej naprawdę spotkał.
      Gra była skończona.
      — Jesteś obcy — wykrztusił ze zgrozą. — Żmiją z tej wielkiej świątyni, co spadła z nieba...
      Zamachnął się wściekle jeszcze raz, a wojownik nie uznał tego za samoobronę. Tubylec nie miał takiego jak on refleksu. Cios w rękę sprawił, że bicz opadł na ziemię. Młokos był już w półobrocie. Złapał tamtego od tyłu za włosy i przejechał nożem po gardle. Chłopak wił się i charczał, tryskająca tętnicza krew zabarwiła czerwienią okoliczne krzewy, kopał nogami, a gdy uścisk wreszcie osłabł, bezradnie osunął się na ziemię.
      Mu-ur przyklęknął przy dogorywającym pastuchu. Szeptał coś z wściekłością, płynęła litania obcych słów, których nigdy nie słyszała ta planeta, zrazu cichych, jakby syczał wąż, potem przechodzących w wycie, jakiego nie powstydziłby się samotny wilk. Bestia była bestią i nie dawało się zmienić jej natury. Wykrzyczał swój nagły ból i piekącą nienawiść do wszystkiego, co żyło, poczym wstał i z ulgą się wyprostował. Poplamione krwią ręce starannie wytarł w pobliskie gęste trawy. Podobnie uczynił ze sztyletem.
      Zarżnięty jak świniak na plemienną ucztę pastuch był w posiadaniu czegoś, czego wojownik z pustyń Urch pilnie potrzebował. Stopy i łydki miał owinięte onucami, a od spodu skórami, następnie zaś okręcone wełnianym sznurkiem. Począł ściągać z niego te prymitywne skórznie, chcąc w nie wyposażyć siebie. Potem zajął się pasem, nasadzonym mosiężnymi ozdobami. Obejrzał go uważnie, ale z niego zrezygnował.

17.02.2004 :: 15:00
Link |  | Zdrada strażnika planety