EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie...


Fragment „Buntu androidów”

      Zmaterializowaliśmy się przed kurortem na zboczu Dekstecyzy. Cisza była tak dojmująca, że aż nierealna. Poczułem mroźny chłód. Przyglądałem się kolibrowi, który dostał się tu razem z nami, a potem obrzuciłem wzrokiem nieszczęsną drużynę. Dostaliśmy w skórę, bo za późno wzięliśmy nogi za pas. Jeszcze chwila, a bandyci z Galaktyki Sombrero starliby nas z powierzchni ziemi. Na szczęście, żaden z agentów nie doznał uszczerbku. Byliśmy spoceni, ubłoceni i brudni, lecz cali i zdrowi. Jedynie Tomowi ciekła krew z nosa.
      — Dali czadu, tego nie było w programie, szefie! — jęknął przejęty Bruno.
      Dźwignąłem się, nie wypuszczając karabinka z rąk. Miałem obolałe mięśnie i dzwoniło mi w uszach. Nie mogłem uwolnić się od niepokoju. Nie tak miał wyglądać koniec akcji.
      — Comandante! — nadzwyczaj spostrzegawczy Samuel z lękiem wskazał niebo. — I tych puścili w skarpetkach…
      Pobiegłem wzrokiem ku górze i nogi pode mną się ugięły. Nasza podniebna warownia zmieniła położenie, przechyliła się i osunęła w dół. Niestety, to nie była przekrzywiona dekoracja. Przeświadczony o mocy swoich skrzydeł lekkomyślny Ikar płacił wysoką cenę za brak rozwagi.
      — I cały misterny plan w pizdu — jęknąłem, wstrząśnięty do głębi.
      — Jak moje limo? — Tom zwrócił się do Sama, wycierając ręką krew.
      — Spoko — pocieszył go kumpel. — Nie zrobili ci z mordy galarety. Nos jak hamulec od karuzeli, ale od tego się nie zdycha!
      Zdesperowany wszedłem przez oszklone drzwi do luksusowego holu, licząc na Or-Mata jak na ostatnią deskę ratunku. Moje zabłocone buty zostawiały brudne ślady. Niecierpliwie na mnie czekał, a jego marsowe oblicze witało mnie na dużym monitorze.
      — Sypnęło się? Kurna chata, co się stało? — niespokojnie rzuciłem, przecierając ręką spocone czoło. Nie byłem tchórzem podszyty, jednak tym razem umierałem ze strachu.
      — Nie trać ducha, nic się nie sypnęło, zachowaj zimną krew. Spisaliście się na medal, zaraz wrócicie nad Amazonkę — szybko odrzekł, widząc załamanie malujące się na mojej twarzy. — Panujemy nad sytuacją.
      Flaki we mnie się przewracały. Nie chciało mi się w to wierzyć, a jego optymizm wydał mi się nieuzasadniony. Przełożyłem karabinek do drugiej ręki.
      — Tak twierdzisz? To co się, do cholery, dzieje?! — warknąłem przez zęby.
      Na jego obliczu zagościł blady uśmiech.
      — Nie da się ukryć, było tu gorąco, a ci cwaniacy usiłowali nas roznieść na strzępy. Wredne gnomy! Na szczęście, udało nam się odciągnąć ich od naszej fortecy i zwabić w pułapkę. Był na to sposób, wzmocniłem wezwania pomocy emitowane przez Ka. — Odkaszlnął i przeszedł do rzeczy: — Pokłusowali na Ziemię, żeby ją ratować, a tam spuściliśmy na nich bombę EMP o straszliwej mocy, Zor-Ton znalazł takie cudo w zbrojowni — rzucił z błyskiem w oku, odsłaniając dotąd skrywaną strategię. — Zdetonowaliśmy ją właśnie nad dżunglą, więc jest tam gorąco — wyłożył ostatnią kartę na stół.
      Doznałem olśnienia. Promień słońca przebił się wreszcie przez gęste chmury.
      — Jeśli znaleźli się w jej zasięgu, to już po nich i po hardej Kasandrze… — wycedziłem, obłędnie zdziwiony. Pomyślałem, że Trójoki jest naprawdę geniuszem. A rusé, rusé et demi, na cwaniaka półtora cwaniaka! Sprytne posunięcie! Dla cyborga silne pole elektromagnetyczne było gorsze od napalmu.
      Odetchnął z ulgą i z uznaniem skinął głową.
      — Złapaliśmy byka za rogi — z powagą potwierdził moją diagnozę. — Polecicie tam zaraz, by zrobić porządek. Ładujcie akumulatory — i w drogę! Dam ci znać, jak się upewnię, że już nie są groźni.
      — Nic wam się nie stało?.. — zapytałem. Powoli wracał mi spokój.
      Skrzywił się, jakby połknął cytrynę.
      — Uszkodzili napęd stacji, ale główny koordynator z tym sobie poradzi — obiecał. I dodał: — Na razie nie myśl o nas, rób swoje!
      Opanowany wyszedłem przed budynek. Lena wyczytała z mojej twarzy, że nie wyrzuciło nas z torów i że szykuje się dalszy ciąg akcji. Pokrótce podzieliłem się z nimi tym, czego dowiedziałem się od Or-Mata.
      — Bogu dzięki! — z ulgą mruknął Harry.
      Bruno kończył oglądać jego kark, w który wbiła się spora bambusowa drzazga. Założył na ranę brunatny, indiański opatrunek. Sok z drzewa maibo odkażał lepiej niż jodyna.
      Powiało lodowatym wiatrem. Musieliśmy się sprężać, żeby nie zmarznąć do szpiku kości.


12.01.2012 :: 12:53
Link |  | Bunt androidów