EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(85)
Publikacje(43)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Miałem straszny sen, czyli znowu roślinki z kosmosu


fragment powieści SF „Enbargonki”


      Była głucha noc, a do sypialni zaglądał jeden z księżyców Eufemii. Coś niepokojącego wybiło mnie ze snu. Obudziłem się, przetarłem zaspane oczy i mimochodem rozejrzałem po kryjącej się w półmroku sypialni. Po ścianach i suficie przemykały w ciemności złowrogie cienie. Usłyszałem za sobą podejrzany szelest, a potem stukot, więc nerwowo się obejrzałem, zatrzymując wzrok na oknie. Zamarłem z przerażenia, a serce zaczęło walić mi jak młot, gdy odkryłem, co się stało. Nieoczekiwanie zawisło nade mną niebezpieczeństwo. Miałem nieproszonych gości i znalazłem się w budzącej niepokój sytuacji. Do okna przylgnęły wędrujące pnącza, osławione kalamorfony. Przylepiły się liśćmi do szyb i ślizgały się po nich, próbując pokonać przeszkodę. Pojąłem, że ktoś wypuścił z oranżerii na wolność te roślinki o zabójczych skłonnościach, nie licząc się z następstwami. Kto i po co?!
      Na tym się jednak nie skończyło. Odkryłem, że nie ma na łóżku hinduskiej księżniczki. A powinna była słodko kimać u mego boku. Zeszła z pościeli. Podparłem się na łokciach, a mój wzrok pobiegł w stronę wejścia. Daisy leżała na dywanie z bezradnie rozłożonymi rękami. Moje bóstwo padło jak ścięte. Jęknąłem z bólem. Pojąłem ze zgrozą, że zamknięte okno nie uchroniło nas przed wijącymi się bestiami. Zdążyły sobie wiadomym sposobem wedrzeć się do apartamentu. Wszędobylskie zielsko zaczęło grasować w moim królestwie, otaczając łóżko i pozbawiając mnie możliwości obrony. Biedna Daisy nie poradziła sobie z zalewem zielonych chwastów. Ugrzęzła w nich, spętały jej stopy, przewróciły ją i oplotły. A potem wdarły się w jej ciało. Z oczu, uszu i ust dziewczyny wyrastały niby w horrorze owłosione zielone pędy. Stało się coś, do czego nie powinienem był dopuścić. Mój prześliczny ochroniarz stracił życie, mimo że opanował sztukę walki.
      Rozpaczliwie krzyknąłem, próbując dźwignąć się z posłania. Nie mogłem zostać w sypialni i musiałem czym prędzej brać nogi za pas. Byłem jednak jak sparaliżowany. Pościel wydawała się mnie trzymać, a narzuta krępowała moje stopy. Szarpałem się i wrzeszczałem, aż wreszcie niby pod wpływem mocy z nieba uwolniłem się od koszmaru. Obudziłem się po raz drugi. Tym razem naprawdę! Sen był tak realny, że łatwo go było pomylić z rzeczywistością.
      Ciężko oddychałem, powoli się uspokajając. Byłem zlany potem. Samoczynnie włączyło się nocne oświetlenie. Okna okazały się czyste. Nie smagały o nie żadne gałęzie i nie znaczyły się na szybach makabryczne bluszcze. Stojący na parapecie niby-słonecznik otworzył ślepia, ufnie spoglądając w moją stronę. Rozespana Daisy leżała obok mnie z buźką wtuloną w poduszkę. Mój zbuntowany anioł był cały i zdrowy. Nic nie wyrastało z jej oczu, nosa i uszu.
      — Co się stało? — niechętnie zamruczała, próbując oprzytomnieć.
      Jacqueline też się poderwała. Usiadła w kucki. Z uwagą zlustrowała moją pobladłą twarz, na której malowały się sprzeczne uczucia, a potem omiotła badawczym wzrokiem sypialnię. Nie dostrzegła jednak niczego podejrzanego.
      — Jesteś cały, miśku? — pociągnęła mnie za język. — Co cię zaniepokoiło? Był tu ktoś?
      Wkurzała mnie jej troskliwość.
      — Czy nie można mieć przykrych snów? — żachnąłem się. Usiłowałem się pozbierać. Powinienem był się wstydzić, bo zachowałem się jak dzieciak. Potępieńczo krzycząc, kompromitowałem się jako mężczyzna. I to wobec amazonek, na których mi zależało.
      Brunetka nie zamierzała mi odpuścić. Nadal mnie sondowała.
      — A co dokładnie ci się przyśniło? Może to była prorocza wizja? — z odrobiną niepokoju zapytała, jakby chodziło nie o przypadkowy nocny koszmar, ale o arcyważny komunikat z innego wymiaru kosmosu.
      Co to? Zamieniłem się w wróżebne medium? Czyżby moja podświadomość mimowolnie ostrzegała przed nadchodzącymi czarnymi chmurami? Nie miałem innego wyjścia, mimo późnej nocy musiałem podzielić się z dziuniami tym, co ujrzałem.
      Sapnąłem z irytacją.
      — Śniło mi się, że obudziłem się w pokoju pełnym groźnego zielska — niechętnie wyjawiłem. — Kalamorfony wdarły się tutaj i mnie zaatakowały. Zabiły Daisy.
      Wysłuchały mojej krótkiej spowiedzi z niekłamanym zainteresowaniem i z powagą spojrzały po sobie. Bardziej niż ja przejęły się drobnym incydentem. Próbowały dociec, co mnie naprawdę przestraszyło.
      — To nie były listery z Brillo? — nęcąca Hinduska mimowolnie zaciągnęła pod szyją koszulkę nocną, jakby chcąc ukryć piersi przed bliżej nieokreślonym niebezpieczeństwem.
      — Listery nie są groźne, Miriam mi je podsunęła, bawiłem się z nimi — kapryśnie odpowiedziałem.
      — Nie powinniśmy zasypiać gruszek w popiele — zauważyła Jacqueline po chwili milczenia. — Może należy zajrzeć do ogrodu botanicznego i sprawdzić, czy ktoś tam czegoś nie poprzestawiał?
      Moje brwi powędrowały wysoko.
      — Przesadzacie, przecież nic się nie stało — ziewnąłem. — Wybaczcie, jest środek nocy, chce mi się spać!..
      Być może, śliczna botaniczka nie powinna mi była pokazywać, jak wędrujące bluszcze rozprawiają się z drobnym gryzoniem. Ten widok mną wstrząsnął. O wiele bardziej niż setki zgładzonych tyranozaurów, do których strzelaliśmy bez pardonu, pozostawiając po sobie krwawą jatkę.
      Nie dane mi było jednak przyłożyć głowy do poduszki. Nieświadomie postawiłem na nogi nie tylko dwie śpiące ze mną dziunie, ale także pozostałe lale. Wywołałem cichy alarm w ośrodku. Widocznie musiałem wysłać do wszystkich rusałek silny telepatyczny komunikat. Coś w stylu „dziewczyny, ratujcie!” Sympatyczna Miriam zajrzała do nas w figlarnej koszulce nocnej. Jej jasne włosy były potargane. Za nią niebawem przyciągnęła podminowana Grace w narzuconym płaszczu kąpielowym. Też już nie spała. Ich pełne niepokoju pytające spojrzenia mówiły same za siebie. Wreszcie przytargała się Agnes.
      Nie powinienem był dziwić się reakcjom Enbargonek, bo przecież zdążyłem odkryć, że są w stanie porozumiewać się na odległość. I nie chodziło o ukryte pod skórą komunikatory, ale o coś na kształt tajemniczego Archiwum X.


04.06.2016 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki