EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(85)
Publikacje(43)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Na Bahamach i w śródmieściu Miami


W czwartej części „Syren z Cat Island” raptowna zmiana akcji. Okazuje się, że odkryci kosmici nie są wcale tacy źli, skoro obdarowują głównego bohatera syreną, w której się zakochał. Bardzo to romantyczne. Co jednak dalej z tego wyniknie i jakich należy domyślać się perturbacji? Tego jeszcze nie wiem. Rozpędziłem się trochę w styczniu z pisaniem, ale cóż. Udziela mi się nastrój sesji egzaminacyjnej...


      Miał przerwę na lunch, ale nie był głodny, czuł dziwny wstręt do jedzenia, więc zamiast w ulubionym lokalu wylądował w ocienionej parasolami kawiarence, mieszczącej się na skwerze po przeciwnej stronie ulicy. Trzy dni temu wrócił z Cat Island i pomału wracał do równowagi. Na jego rachunek bankowy wpłynęło znowu ponad dwa tysiące dolarów, więc z goryczą wywnioskował, że z punktu widzenia obcych nic się nie stało. Wszystko było w porządku. Ordynarnie mówiąc, kazano mu trzymać się roli dobrze opłacanego żigolaka i nie podskakiwać. W pracy pamiętano o jego urodzinach, co go podniosło na duchu. Usłyszał „Happy birthday to you” i jednym tchem zdmuchnął dwadzieścia pięć świeczek.
      — Grunt, to mieć fajnych kumpli! — niemrawo mruknął do szklanki z sokiem grejpfrutowym. Mimochodem odnotował, że woli rozmawiać z martwymi przedmiotami niż z ludźmi, ostatecznie ze zwierzętami, co zdawało się dowodzić, iż jeszcze nie wyszedł ze stanu głębokiego załamania psychicznego. Syreny były wegetariankami. Rybi ogon go ominął, sprawdził to już na Bahamach. Kilka razy skakał do wody i nurkował, jednak jego kończyny nie przejawiały skłonności do transformacji.
      Tamta młoda madonna w szarym dwuczęściowym kostiumie usiadła przy jego stoliku, nie pytając, czy może to zrobić. Zesztywniał, przeczuwając coś niezwykłego. Nie był umówiony z żadnym klientem agencji, a na pewno nie tutaj. Wsłuchał się w szum ulicy i klaksony samochodów. Niedaleko była Flagler Street. Przez kilka sekund nie mógł oderwać oczu od opróżnionej do połowy szklanki. Wreszcie ciężko uniósł wzrok i oniemiał z wrażenia. Nie uwierzył temu, co ujrzał. Oszalałe serce omal nie wyrwało mu się z piersi.
      — Athenais, to ty?! — zapiał ze szczęścia. Manna leciała z nieba.
      Tak, to była ona. Zgrabna, czarująca i zachwycająca. W gładko uczesane włosy miała wpiętą różową orchideę. Przyglądała mu się niepewnie i jakby z obawą, że nie ucieszy go jej widok. Uspokoił ją ten wybuch radości.
      Zerwał się i dotknął jej ramienia, chcąc się przekonać, że to nie czary. Ujął jej dłoń, składając na zdobionych pierścionkiem z turkusem wąskich palcach namiętny pocałunek. Wydawało się, że już jej nie puści.
      — Rany?! Skąd się wzięłaś? — impulsywnie zapytał. Mimowolnie obejrzał się na jezdnię. Z wysepki odjeżdżała popielata limuzyna z przyciemnionymi szybami. Nie dostrzegł numeru rejestracyjnego lincolna. Uznał, że to nieważne. Wrócił do niej wzrokiem, czując, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą.
      Musiała się uporać z tym, co jej zlecono. Zdjęła powoli z ramienia skórzaną torbę na pasku i wyciągnęła z niej żółtą kopertę, z niewolniczą uległością przesuwając ją w jego stronę. Usiadł na swoim miejscu, zajrzał ciekawie do środka, a potem ją przechylił, wysypując na stolik zawartość. Były tam dwie karty kredytowe, prawo jazdy i szereg innych dokumentów. Wszystkie wystawione na jego piękną syrenę.
      — Nie, to niemożliwe! Cudowne!
      Machinalnie przeglądał jej papiery. Wynikało z nich, że ma na imię Amanda, a nosi nazwisko Robinson. Były tam akt urodzenia i świadectwo ukończenia szkoły. Do tego ubezpieczenie. Pomyślał, że z takimi dokumentami dziewczyna może szaleć po całym świecie, a przede wszystkim zostać jego żoną.
      Podniósł się z kawiarnianego krzesła, musiała też wstać, objął ją i czule ucałował.
      — Kocham cię, Athe… Amando! — dmuchnął jej tkliwie do ucha. — Twoi patroni nie są wcale tacy źli. Zostaniesz ze mną? Na zawsze?
      — Forever! — cicho powtórzyła. Zaczynała radzić sobie z angielskim.
      Pomyślał, że zaprzyjaźni się z tym aroganckim typkiem, który go tak podle potraktował. Wybaczył mu w jednej chwili. Z zapartym tchem obejrzał ją jeszcze raz od stóp do głów. Na nogach miała czółenka open toe na niskim obcasie i zwrócił uwagę na jej paznokcie. Pociągnięte fioletowym lakierem wyglądały tak, jakby zafundowała sobie stylowe tipsy. Taki sam lakier zdobił paznokcie jej rąk.


01.02.2010 :: 22:30
Link | Komentuj (0) | Syreny z Cat Island