EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Na Neeidzie


fragment „Buntu androidów”

      Kierowana przez automatycznego pilota aerodyna oderwała się od prostokątnego lądowiska. Wystartowała pionowo. Światła żegnającego mnie kurortu uciekły w dół. Z zaciekawieniem wyglądałem przez owalny iluminator, próbując przebić wzrokiem ciemności. Na zboczu Dekstecyzy panowała noc, jednak nieco jaśniejsza niż na Ziemi. W Galaktyce Andromedy było dużo więcej gwiazd niż w Galaktyce Drogi Mlecznej. Wypełniały gęsto nieboskłon. W ich świetle znaczyły się pokryte śniegiem poszarpane szczyty. Potem maszyna zakołysała się i obróciła w właściwą stronę. Wysunęły się skrzydła i zaśpiewał napęd. Ruszyła, nabierając przyspieszenia. Przez chwilę czułem się tak, jakbym znalazł się w układzie solarnym Teorionów. Rozwijający niewiarygodną prędkość ślizgacz w kwadrans osiągnął stratosferę. Zza krzywizny horyzontu wyjrzało słońce, o tej porze oświetlające drugą stronę planety. Dwie godziny lotu wystarczyły, by opłynąć Neeidę na ogromnej wysokości i dotrzeć do celu. Spomiędzy białych chmur wyzierał sięgający równika kontynent, rozmiarami przypominający Europę z odległej Ziemi. Wehikuł powoli opadał. Płynął nad pokrytą białym piaskiem pustynią, poznaczoną skalistymi wzniesieniami i pociętą szczelinami wąwozów. Potem nieco się wzniósł. Wybiegły mu wnet na spotkanie zalesione góry i wzgórza, między którymi zachęcająco błyszczały urokliwe jeziora.
      Przeniosłem się do kokpitu. Miałem upatrzonych kilka kształtnych akwenów, doskonale wkomponowanych w rajski krajobraz. Manewrowałem posłuszną maszyną, wydając głosem polecenia. Dokładnie przepatrzyłem jedno tropikalne jezioro, potem drugie, wreszcie trzecie, największe. Znajdowały się na różnych wysokościach i były połączone ze sobą wielostopniowymi kaskadami. Nisko krążyłem, szukając miejsca, które przypadłoby mi do gustu. Z uwagą lustrowałem poszarpaną linię brzegową, tu i ówdzie pokrytą mgłą. Oglądałem pokryte bujną roślinnością tajemnicze przybrzeżne wysepki. Wreszcie z biciem serca się zdecydowałem. Trafiłem na zakątek, który odpowiadał moim oczekiwaniom. Poleciłem więc autopilotowi, by wylądował.
      Oparty o brzeg lasu występ skalny nie był duży, ale wystarczał, by zbudować na nim wygodny bungalow. Wysiadłem z pojazdu, głęboko oddychając. Grzało słońce. Upajałem się panującą ciszą. Z tropikalnego lasu dochodził przytłumiony krzyk ptaków.
      — Ahoj, przygodo! — huknąłem.
      Stanowisko było słabo porośnięte mchem, a z tyłu osłonięte gęstą dżunglą, która pięła się po stromym zboczu górskim. Z obu stron miałem piaszczystą plażę. Platforma mieściła się jakieś dwa metry nad gładką powierzchnią jeziora. Biegła z niej otoczona skałami nierówna ścieżka wprost do naturalnej przystani, która wymagała dobudowania pomostu. Oczyma wyobraźni ujrzałem cumującą tu łódź.
      Poruszając się uważnie, zszedłem na przystań. Ścieżkę należało nieco poszerzyć i wyrównać, a także zadbać o schody. Wpatrzyłem się w toń. Pozbawiona wodorostów i mułu woda była przejrzysta. Ławice drobnych ryb krążyły pod powierzchnią. Linia drugiego brzegu majaczyła się przede mną w odległości niespełna kilometra.
      Wybrałem się na spacer żółtą plażą. Niosła się z dżungli słodka woń kwiatów. Zdjąłem miękkie półbuty i podwinąłem nogawki spodni. Moje stopy odciskały się w mokrym piasku. Omywały je napływające fale. Żałowałem, że nie zabrałem okularów przeciwsłonecznych. Byłem w strefie równikowej, jednak lekka bryza sprawiała, że nie czuło się żaru. Pomyślałem, że mógłbym się postarać o luksusowy basen, podobny do tego, nad którym nie tak dawno się byczyłem, goszcząc z Leną w hotelu Las Brisas Acapulco.
      Nie chciałem za bardzo oddalać się od mojego środka transportu. Zawróciłem, badając wzrokiem gęstą ścianę lasu, ale zaraz stanąłem jak wryty. Stado podobnych do tyranozaurów dwunożnych gadów otaczało ślizgacz. Miałem odciętą drogę powrotu. Były zaciekawione otwartym włazem, gotowe za chwilę zajrzeć do środka.
      — A to ci dopiero! — mruknąłem.
      Powoli założyłem mokasyny, które zostawiłem na piasku, a potem uruchomiłem uzbrojenie w prawej dłoni. Czekała mnie rozprawa z dzikimi gospodarzami tych stron. Wtargnąłem bowiem na ich terytorium. Zwierzaki musiały się nauczyć, że teraz ja tu będę panem.


26.01.2014 :: 18:40
Link |  | Bunt androidów