EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Nazwy własne enbargońskich maszyn latających


fragmenty powieści SF „Enbargonki”

      Podminowany oglądałem pulpity, starając się w nich połapać.
      — Jaką największą prędkość jesteś w stanie osiągnąć? — dociekliwie zapytałem, uznając, że to dla mnie najistotniejsze.
      — Praktycznie biorąc, każdą, jaką tylko zechcesz — beznamiętnie odparł rozmówca. I dodał: — Nazywaj mnie Nawigatorem.
      — Każdą? Nonsens! — zdziwiłem się. — Jak to możliwe? Czy się rozumiemy? Są chyba jakieś ograniczenia? — Zamilkłem na chwilę. — W takim razie oblicz mi czas przelotu na Ziemię. Wolałbym krótsze imię, może Navi.
      Sekundę się wahał.
      — Nie nałożono na mnie żadnych ograniczeń. A prędkość to rzecz względna. Czy chodzi ci o planetę krążącą w systemie solarnym, zamieszkałym przez twój gatunek?
      Wyświetlił bliski memu sercu Układ Słoneczny, a w narożnikach pokazał kilka innych gwiazd. Przywoływane tablice w mig się przesuwały i powiększały, płynnie wędrując na pierwszy plan.
      — Jasne, trzecia od Słońca — pokazałem mu palcem. — To tylko pięćset pięćdziesiąt lat świetlnych stąd… (...)

      Usłużnie wyświetlił mi szybkość. Nie wierzyłem własnym oczom. Na ekranie miałem blisko 1200 000 c. Poruszające się w rytualnym tańcu gwiazdy na czarnym niebie przeistoczyły się w żyjące własnym życiem supłane linie. Kurczowo trzymałem się oparć. Wstyd przyznać, ogarnął mnie lęk, że za chwilę rozpadnę się na atomy. Wróciło wspomnienie diabelskiego młyna z wesołego miasteczka. Byłem wówczas dzieciakiem i omal nie zwymiotowałem w powietrzu.
      — Jakim cudem można osiągnąć taką wielokrotność prędkości światła? — ośmieliłem się zapytać, pełny podziwu dla oszałamiającej technologii.
      — Prędkość światła? To mało znacząca stała kosmiczna — lekceważąco odparł Navi.


      — Masz jakieś imię, skrzydlaty władco? — zapytałem. — Jak do ciebie się zwracać?
      — Kamikadze — odparł bez wahania. — W skrócie Kami.
      Kamikadze, też coś! Co miał piernik do wiatraka? Nie chciałem tego komentować. Słuchałem wykładów z historii lotnictwa na Ziemi, więc to ponure określenie nie było mi obce. Czyżby enbargońska maszyna miała tak skończyć, jak kończyli japońscy lotnicy samobójczo atakujący amerykańskie okręty? Obym w niej wtedy nie siedział!
      Chyba domyślił się, o co mi chodzi.
      — Nazwa wywodzi się z języka japońskiego. To zlepek dwóch słów. Kami, czyli boski, kaze, czyli wiatr. Nazwano mnie Boskim Wiatrem, bowiem poruszam się z oszałamiającą prędkością. Przecież obsługuję połączenia międzygalaktyczne.
      Skrzywiłem się. Boski, psiamać! Nie miałem głowy do języków obcych. Ledwo trzymał się mnie francuski w wersji dla początkujących.
      Komputer nie poprzestał na tym, co powiedział. Musiał się popisać swoją wiedzą. Nawiązał do odległej przeszłości.
      — Odnoszono to chlubne określenie do sztormów, które w XIII wieku ratowały Japonię przed Mongołami. Tajfuny zniszczyły w tamtym stuleciu dwie flotylle najeźdźcy z kontynentu liczące po kilka tysięcy statków. Opatrzność czuwała nad wyspiarzami. — I dodał: — Były to największe w historii Ziemi inwazje morskie. Przysłonił je dopiero w XX wieku aliancki desant w Normandii.
      Zgryźliwie pomyślałem, że następna enbargońska maszyna, na którą się natknę, też pewnie będzie się obnosić nieprzypadkową nazwą. Chodziło mi po głowie słowo tsunami. Ale to nie miało nic do rzeczy.


18.12.2016 :: 16:00
Link |  | Enbargonki