EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Nikomu nie pożyczam lalki Nolee


fragment powieści SF „A jeśli jutra nie będzie”


      W niedzielę późnym rankiem do ich mieszkania ciekawie zajrzał Mark Anderson. Ojciec słodkiej Nikki kuł żelazo, póki gorące. Był w dżinsach i obcisłym bawełnianym T-shircie, uwydatniającym jego bicepsy. Na nogach miał nowiutkie adidasy. Otworzyła mu bez zdziwienia pozbierana Angelina, wpuściła go i przyjęła uprzejmie. Wcześniej smerfetka za plecami Oscara odebrała telefon, więc pewnie jego gospodynie wiedziały, po co mężczyzna je odwiedził. Nie były zaskoczone.
      Przybyły nie czuł się skrępowany i zachowywał się nadzwyczaj swobodnie, jakby był tu częstym gościem. W te pędy zajrzał do eleganckiego salonu, a potem do dobrze wyposażonej kuchni. Zajął się dziewczynami, wdzięcząc się do nich i nie szczędząc komplementów, a przy tym prawie nie zwracając uwagi na ich pana i władcę. Jednak nie poczynał sobie obcesowo. Na szczęście, Natasha była ubrana i nie snuła się po mieszkaniu w półprzeźroczystym negliżu. A właściwie była gotowa do wyjścia na miasto. Bez wahania zgodziła się pojechać z Markiem na przystań i ku niebywałemu zdumieniu Oscara nie zażądała, żeby chłopak jej towarzyszył. Nie poprosiła o błogosławieństwo na drogę. Wyrwała się z gościem z mieszkania w trymiga. Bez jednego słowa. I jeszcze złapała drania pod ramię.
      Pierwszy raz obywała się bez jego kompanii, więc kiedy wychodziła, wyślizgując się jak ryba z sieci, Oscar zwrócił zdumiony wzrok w stronę Angeliny. Ta jednak dała mu dyskretnie znak, że nie musi się niepokoić.
      Pomimo to poczuł się wkurzony. Stłumił w sobie złość. Nie zamierzał pożyczać Markowi Andersonowi cudnej lalki Nolee. Był jej niby-mężem, więc ten bawidamek powinien był zapytać go o zgodę. Przegrywał z ojcem Nikki, bo nie mógł się pochwalić jego muskułami i brzuchem jak kaloryfer. Pobiegł spłoszonymi myślami na przystań, zaś jego wyobraźnia zaczęła wyczyniać cuda.
      — Romantyczny blondyn, psiakość. O niebieskich oczach!
      Poniosło go. Zacisnął w gniewie pięści. Wytrącony z równowagi i najeżony, pytająco zawisł na ustach Angeliny. Przyjaciółka niby wytrawny znawca ludzkiej duszy starała się go uspokoić. Przecież była jego dobrą wróżką i mentorem.
      — Nic złego się nie stało. Oskarze, wyluzuj! — zaszczebiotała, chcąc zapobiec atakowi histerii. — Ty i zazdrość? To nie w twoim stylu — wciskała do jego tępej makówki. — Natasha nie wystawi cię do wiatru, nie jest do tego zdolna. Pognała, by mu pomóc. Robi to dla ciebie. Pragnie być z Nikki i z jej starymi tak blisko jak ty. Nie chce wypaść z gry.
      Emily przyszła jej w sukurs, dorzucając swoje trzy grosze.
      — To prawda. Po szoku, jaki przeżyła, kiedy zostawiłeś ją samą, stopniowo zbliża się do Andersonów. Stara się z nimi zaprzyjaźnić. Czy to coś dziwnego? — I ze stoickim spokojem skwitowała: — Nie martw się i chodź jeść! Nie pękaj! Takie ciacho jak ty nie musi się niczym przejmować.
      Angelina znowu się wtrąciła.
      — Nie może być wiecznie świnką morską. Musi wrócić do równowagi i odzyskać samodzielność.
      Ich słowa go nie przekonały. „Bardziej ciacho niż macho!” Nadal był jak struty. Doszedł nagle do wniosku, że powinien zacząć chodzić na siłownię, aby poprawić sobie muskulaturę. W oczach Angeliny dostrzegł jeszcze coś, czego głośno nie zamierzała powiedzieć. „Musisz się pogodzić, że wcześniej czy później Natasha zacznie grać tu pierwsze skrzypce!” Przypomniał sobie, że przenikliwa Nikki już kilka dni wcześniej podzieliła się z nim podobnym domysłem. Wydawało mu się, że to odległa perspektywa, jednak mógł się mylić.
      Zasiedli do śniadania i madonny zajęły go rozmową, nie zwracając uwagi na jego lekko trzęsące się dłonie.
      Na szczęście, zbuntowany Oscar nie musiał męczyć się i siedzieć jak na szpilkach, bowiem Mark wrócił i oddał mu ukochaną lalkę. Obyło się bez nerwowych esemesów. Nie zabawili długo nad wodą i pojawili się z powrotem w niespełna godzinę. Wybrali łódź żaglową cumującą obok jej jachtu. Ponoć prawdziwe cacko.
      Chłopak odetchnął z ulgą, gdy zobaczył nimfetkę w drzwiach. A już myślał, że ją stracił. Mark podrzucił ją przed kamienicę i odjechał.
      — I jak tam? Zachowywał się przyzwoicie? Nie dobierał się do ciebie? — zaintrygowany zapytał, biorąc ją na spytki. Objął ją z przejęciem i wtulił nos w jej włosy. Cieszył się nią tak, jakby dopiero co dostał ją w prezencie i właśnie rozpakował. Złapał ją wpół i z upojeniem uniósł do góry. Z entuzjazmem zakręcił nią wokół siebie. Przytrzymała się go za szyję. Postawił ją z powrotem.
      Puściła się go. Nie straciła równowagi. Zaprzeczyła, z oddaniem zaglądając mu w oczy.
      — Coś ty? Żartujesz?! — zdecydowanie odrzekła. Nagle stała się bardzo dorosła. — Nic z tych rzeczy. Skakał koło mnie, bo mu byłam potrzebna. Jest kuty na cztery nogi. Dostał bzika na punkcie tej łodzi. Chce nią zabłysnąć przed Kimberly i Melissą. Na pewno nie będę z nim pływać. A poza tym…
      — Tak?!
      — On mi przypomina mojego trenera. Nie przyszłoby mu do głowy, żeby mnie tknąć.
      Z rozczuleniem cmoknął ją w usta. Obejrzał ją sobie dokładnie, jakby chcąc się upewnić, że jego lalka Nolee w rękach obcego nie doznała uszczerbku. Była calutka i zdrowiutka. Nie oberwano jej rączek i nóżek, ani nie przekręcono głowy do tyłu. Nie podarła ślicznej sukienki i nie miała połamanych pokrytych różem paznokci. Nikt nie zburzył jej fryzury i nie rozmazał makijażu. Nadal otwierała i zamykała ocienione długimi rzęsami oczy.
      Zamierzał ją ochrzanić za to, że wyfrunęła z mieszkania, nie pytając go o zgodę, ale złość już mu przeszła. Pomyślał, że toczył homeryckie boje z własnym cieniem.
      — Nie jadłaś śniadania — rozmarzony zauważył. Jednak nie wypuścił jej z rąk. Nadal się nią upajał. Objął ją wpół, tuląc i pieszcząc. — Pożrę cię jak kanibal, jak wygłodzony ludożerca — z przymkniętymi oczami szeptał jej do ucha, wdychając zapach jej drogich perfum. — Usmażę cię na ogniu i zjem. Będę mlaskał, mlaskał, mlaskał. Obgryzę wszystkie twoje kosteczki — bajdurzył i bredził, plotąc trzy po trzy. — Jesteś marką stworzoną z pasji do jakości! — wystrzelił wreszcie wyświechtanym sloganem z reklamy papierosów, przechodząc samego siebie. Całkiem przewróciło mu się w głowie. — Jesteś…
      Cóż, stanowiła cudowne dzieło natury. Pozwalała mu się sobą bawić, jakby była faktycznie lalką Nolee. Jednak nie wylądowali w jej sypialni, choć przez chwilę wydawało się, że tam trafią. Nie chodziło mu o seks. Prawdziwą rozkosz dawała mu świadomość tego, że ta szpara z górnej półki jest jego własnością i że nie musi z nikim się nią dzielić. Delektował się jej posiadaniem. Zniewalającą wyłącznością. Miał ją tylko dla siebie i mógł z nią robić, co chciał. Był jak brzuchomówca, stanowiący jedno z pacynką, którą animował. Jak Edgar Bergen i Jeff Dunham.
      Odesłał ją wreszcie do kuchni. Wyciągnął się w fotelu przed telewizorem niczym kot, który ma sjestę przez calutki dzień i zaczął się zastanawiać, czym różni się od Marka Andersona. Pogrążył się w bezczynności.


16.03.2015 :: 12:02
Link |  | A jeśli jutra nie będzie