EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Potyczka


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Niepojęty impuls wybił mnie ze snu. Była noc, a moje madonny spały. Zaschło mi w gardle i chciało mi się pić, więc cichutko zsunąłem się z łóżka, starając się ich nie obudzić, założyłem szorty i na palcach zszedłem na dół. Pokryte miękką wykładziną schody nie skrzypiały. W lodówce znalazłem coca-colę.
      Stałem z butelką zimnego napoju w salonie, wyglądając przez okno i wpatrując w niebo usiane miliardami gwiazd, gdy nagle serce niepokojąco mi zabiło. Nogi pode mną się ugięły. Na tarasie bezszelestnie osiadł obcy pojazd z wyłączonym oświetleniem. Nie mogła to być nasza amfibia, bo rysowały się przede mną inne kształty. W chwilę później błysnął prostokąt wejścia na pokład.
      Pomyślałem, że Daisy tego nie przewidziała. Obcy okazał się bardziej domyślny niż sądziła i zaatakował już pierwszej nocy. Nie musiał długo nas szukać. Postawiłem butelkę na podłodze i filując na drzwi wejściowe zacząłem się wycofywać. Czułem pod nogami dywan, tłumiący kroki. Minąłem ławę i przykucnąłem za fotelami. Sprawdziłem broń. Widniała na nadgarstku. Gdybym miał więcej oleju w głowie, umknąłbym na antresolę, ale o tym nie pomyślałem. Poczułem nagły napływ adrenaliny i buńczucznie postanowiłem, że sam rozprawię się z intruzem.
      Drzwi wejściowe drgnęły. Kosmita niby zjawa wsunął się do środka. W tym samym momencie zapaliły się w salonie wszystkie żyrandole i kinkiety, więc ukrywanie się za fotelami nie miało sensu. Wyprostowałem się, hardo spoglądając na przeciwnika. Stanęliśmy oko w oko, mierząc się wzrokiem. Daisy miała rację, nie odróżniłbym Lotosanina od Enbargona. Przybysz wyglądał tak samo jak medyczka na planecie z dwoma słońcami.
      „A teraz zaśnij!” — usłyszałem w swojej głowie hipnotyczny głos. Nie miałem zamiaru mu się poddać. Nie wiadomo dlaczego przyszła mi na myśl Nicole ze szpikulcem w dłoni. Błyskawicznie wyciągnąłem rękę.
      — Giń, potworze! — krzyknąłem, oddając strzał. Płonąca kula dopadła mego przeciwnika.
      Pomimo tego, że strzał był celny, obcy nie upadł. Nawet się nie zachwiał. W jego dłoni pojawił się nagle świetlisty miecz. Z furkotem skoczył do przodu, jednym susem pokonując ławę i fotele. Jak idiota skierowałem w jego stronę prawą rękę, gotując się do następnego wystrzału, ale nie miałem takiego refleksu jak on. Jeden cios wystarczył, by moja odrąbana ręka pofrunęła w stronę kominka. Całe życie przebiegło mi przed oczami. Zaraz po tym dziewczyny przygrzały mu z antresoli. Trzy kolejne płonące kule uderzyły w Lotosanina, zwalając go z nóg. Z mysim piskiem osunął się na kolana, znieruchomiał, a świetlisty miecz zniknął.
      Opadłem na podłogę obok niego. Doznałem ogromnego wstrząsu. Z przerażeniem wpatrywałem się to, co zostało z mojej biednej ręki, z nagła amputowanej prawie do łokcia. W jednej chwili stałem się inwalidą. Z kikuta lała się krew.
      — Spokojnie, sytuacja opanowana! — usłyszałem głos Jacqueline. — Williamie, nie ruszaj się!
      Znalazła się zaraz przy mnie, opiekuńczo mnie obejmując. Przy niej wyrosła Agnes, równie czuła jak tamta.
      Grace ujęła w ciepłe ręce moją twarz, zmuszając mnie, bym na nią spojrzał.
      — Nie patrz na kikut, ręka zaraz ci odrośnie! — podkreśliła dobitnie. Klęczała przy mnie, pilnując, bym nie wpadł w histerię i nie zrobił czegoś głupiego.
      Byłem tak przestraszony, że przez kilka sekund nie czułem bólu. Potem mnie przeszył, dojmujący i dotkliwy, prawie nie do wytrzymania. Omal się nie wyrwałem pilnującym mnie dobrym duchom. Szybko jednak ustąpił. Zastąpiło go mrowienie. Może to zabrzmi dziwnie, ale poczułem, że moja ręka rośnie. Stanowiłem przecież udoskonaloną wersję salamandry.
      Daisy zajęła się kosmitą. Był martwy. Obróciła go na wznak, zaglądając mu w oczy. Potem przejechała dłonią po ledwo widocznej kamizelce ochronnej, którą miał na sobie.
      — Coraz lepiej się zabezpieczają — odkrywczo mruknęła.
      Agnes okryła mnie kocem, który przyniosła z sypialni, a Jacqueline pozwoliła mi wreszcie obejrzeć rękę. Odtwarzała się na moich oczach jak w bajce i odniosłem wrażenie, że oglądam w przyspieszonym tempie film z życia prenatalnego. Dłoń powoli się kształtowała i pojawiły się zaczątki palców.
      Kiedy proces regeneracji się zakończył, moje opiekunki pozwoliły mi wstać. Z wrażenia ledwo trzymałem się na nogach. Zrozumiałem, że nie nadaję się na rycerza Jedi. Zrobiłem z siebie pośmiewisko.


26.08.2016 :: 14:30
Link |  | Enbargonki