EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2020
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(37)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(94)
Publikacje(44)
Cztery pory roku(32)

Starsze wpisy
2002-2004
guziakiewicz.pl/zapiski


Strony autora
guziakiewicz.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
igraszki z czasem
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga
romeo z zaświatów


Inne blogi
Wiesław Hop
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski
Małgorzata Żurecka









Potyczka


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Niepojęty impuls wybił mnie ze snu. Była noc, a moje madonny spały. Zaschło mi w gardle i chciało mi się pić, więc cichutko zsunąłem się z łóżka, starając się ich nie obudzić, założyłem szorty i na palcach zszedłem na dół. Pokryte miękką wykładziną schody nie skrzypiały. W lodówce znalazłem coca-colę.
      Stałem z butelką zimnego napoju w salonie, wyglądając przez okno i wpatrując w niebo usiane miliardami gwiazd, gdy nagle serce niepokojąco mi zabiło. Nogi pode mną się ugięły. Na tarasie bezszelestnie osiadł obcy pojazd z wyłączonym oświetleniem. Nie mogła to być nasza amfibia, bo rysowały się przede mną inne kształty. W chwilę później błysnął prostokąt wejścia na pokład.
      Pomyślałem, że Daisy tego nie przewidziała. Obcy okazał się bardziej domyślny niż sądziła i zaatakował już pierwszej nocy. Nie musiał długo nas szukać. Postawiłem butelkę na podłodze i filując na drzwi wejściowe zacząłem się wycofywać. Czułem pod nogami dywan, tłumiący kroki. Minąłem ławę i przykucnąłem za fotelami. Sprawdziłem broń. Widniała na nadgarstku. Gdybym miał więcej oleju w głowie, umknąłbym na antresolę, ale o tym nie pomyślałem. Poczułem nagły napływ adrenaliny i buńczucznie postanowiłem, że sam rozprawię się z intruzem.
      Drzwi wejściowe drgnęły. Kosmita niby zjawa wsunął się do środka. W tym samym momencie zapaliły się w salonie wszystkie żyrandole i kinkiety, więc ukrywanie się za fotelami nie miało sensu. Wyprostowałem się, hardo spoglądając na przeciwnika. Stanęliśmy oko w oko, mierząc się wzrokiem. Daisy miała rację, nie odróżniłbym Lotosanina od Enbargona. Przybysz wyglądał tak samo jak medyczka na planecie z dwoma słońcami.
      „A teraz zaśnij!” — usłyszałem w swojej głowie hipnotyczny głos. Nie miałem zamiaru mu się poddać. Nie wiadomo dlaczego przyszła mi na myśl Nicole ze szpikulcem w dłoni. Błyskawicznie wyciągnąłem rękę.
      — Giń, potworze! — krzyknąłem, oddając strzał. Płonąca kula dopadła mego przeciwnika.
      Pomimo tego, że strzał był celny, obcy nie upadł. Nawet się nie zachwiał. W jego dłoni pojawił się nagle świetlisty miecz. Z furkotem skoczył do przodu, jednym susem pokonując ławę i fotele. Jak idiota skierowałem w jego stronę prawą rękę, gotując się do następnego wystrzału, ale nie miałem takiego refleksu jak on. Jeden cios wystarczył, by moja odrąbana ręka pofrunęła w stronę kominka. Całe życie przebiegło mi przed oczami. Zaraz po tym dziewczyny przygrzały mu z antresoli. Trzy kolejne płonące kule uderzyły w Lotosanina, zwalając go z nóg. Z mysim piskiem osunął się na kolana, znieruchomiał, a świetlisty miecz zniknął.
      Opadłem na podłogę obok niego. Doznałem ogromnego wstrząsu. Z przerażeniem wpatrywałem się to, co zostało z mojej biednej ręki, z nagła amputowanej prawie do łokcia. W jednej chwili stałem się inwalidą. Z kikuta lała się krew.
      — Spokojnie, sytuacja opanowana! — usłyszałem głos Jacqueline. — Williamie, nie ruszaj się!
      Znalazła się zaraz przy mnie, opiekuńczo mnie obejmując. Przy niej wyrosła Agnes, równie czuła jak tamta.
      Grace ujęła w ciepłe ręce moją twarz, zmuszając mnie, bym na nią spojrzał.
      — Nie patrz na kikut, ręka zaraz ci odrośnie! — podkreśliła dobitnie. Klęczała przy mnie, pilnując, bym nie wpadł w histerię i nie zrobił czegoś głupiego.
      Byłem tak przestraszony, że przez kilka sekund nie czułem bólu. Potem mnie przeszył, dojmujący i dotkliwy, prawie nie do wytrzymania. Omal się nie wyrwałem pilnującym mnie dobrym duchom. Szybko jednak ustąpił. Zastąpiło go mrowienie. Może to zabrzmi dziwnie, ale poczułem, że moja ręka rośnie. Stanowiłem przecież udoskonaloną wersję salamandry.
      Daisy zajęła się kosmitą. Był martwy. Obróciła go na wznak, zaglądając mu w oczy. Potem przejechała dłonią po ledwo widocznej kamizelce ochronnej, którą miał na sobie.
      — Coraz lepiej się zabezpieczają — odkrywczo mruknęła.
      Agnes okryła mnie kocem, który przyniosła z sypialni, a Jacqueline pozwoliła mi wreszcie obejrzeć rękę. Odtwarzała się na moich oczach jak w bajce i odniosłem wrażenie, że oglądam w przyspieszonym tempie film z życia prenatalnego. Dłoń powoli się kształtowała i pojawiły się zaczątki palców.
      Kiedy proces regeneracji się zakończył, moje opiekunki pozwoliły mi wstać. Z wrażenia ledwo trzymałem się na nogach. Zrozumiałem, że nie nadaję się na rycerza Jedi. Zrobiłem z siebie pośmiewisko.


26.08.2016 :: 14:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki