EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Przenosimy się do Grecji...


      Rzuciło ich ku niewzruszonej i wiecznej siedzibie bogów, ku znaczącym się między stromymi szczytami przełęczom, głębokim urwiskom i żlebom. Rdzenna majestatyczna grań wypiętrzała się w kilka samodzielnych poszarpanych wierzchołków. Niektóre z nich wrastały w gęstą mgłę. Płaski skrawek skalistego podłoża okazał się dokładnie taki, jakiego wymagał wzięty w drogę pojazd. Wychylali się i kolejno wyskakiwali z kabiny urchickiego wehikułu, najpierw Mi-ir, po nim Raha, wreszcie pozostali, a ich nienawykłe do chłodu twarze owiewało ostre górskie powietrze. Biel leżącego tu płatami śniegu raziła nie przyzwyczajone oczy. Z ich lądowiska rozciągał się rozległy widok na pokryte ciemnym szpilkowym borem pofałdowane zbocza. Chłonęli niecodzienny krajobraz z zapartym tchem.
      Wreszcie Safona z podziwem wykrzyknęła:
      — Na Gromowładnego, jakże tu pięknie!
      Matuzalem starał się być powściągliwy i rzeczowy, ale i jemu udzielały się ich zachwyt i entuzjazm.
      — Zazwyczaj kruchego i śliskiego lodu jest tu dużo mniej — objaśniał niby to obojętnie — ale tego roku była wyjątkowo ostra jak na te ciepłe strony zima. Nadejdzie lato, to go ubędzie.
      Nie powędrowali w dół Nestosu traktem, którym ciągnęli greccy kupcy, i nie udali się ku wybrzeżu morskiemu, z czym się wcześniej nosili. W ogóle nie puścili się w żadną drogę. Tamto było i minęło. Siwobrody, który jeszcze kilka dni wcześniej z namaszczeniem i powagą pouczał ich, że tu się pokonuje odległości pieszo, albo na mule, albo na koniu, przeniósł ich w okamgnieniu wraz ze ślizgaczem i całym dobytkiem w ośnieżone góry Hellady. Nie musiał już kryć przed przybyłymi z Urch swojej nieziemskiej potęgi. Zmieniały się koleje losu. Ale też zdarzenia miały teraz biec bardzo szybko. Czekał ich niebezpieczny wypad na Favo.
      — No to ruszamy — rzucił z zachętą, wskazując kierunek, gdy się już napatrzyli. — To tylko kilka kroków.
      Pociągnął ich za sobą po grani, na tyle szerokiej, by dało się w skupieniu kroczyć gęsiego. Czuł się tu prawie jak u siebie, może jak Trak w obejściu albo przy marnej chacie, i pewnie dosyć często tu zaglądał, mimo że wokół straszyło pustkowie. Masyw był raczej niedostępny i odpychający, a między szczytami świszczał niemiły wiatr.
      Wątła ścieżyna, którą stary pewnie odnalazłby również po zmroku, wiodła wprost ku strzelającej w górę nieodległej litej ścianie. Ta wyrastała przed nimi, wyniosła i groźna.
      — Imponująca — Mu-ur zadarł głowę i przymrużył oczy. Skrzywił się jednak zaraz z odrazą, uzmysławiając sobie, że nie tak dawno zbliżoną pochyłość jak ostatni głupiec pokonywał wbrew swej woli.
      — Nie lękaj się, nie będziemy zdobywać tej stromizny — zarżał wniebowzięty Raha, świadomy tego, że niepokaźna trzódka, którą wiedzie, jeszcze nie odgaduje tego, dokąd podąża.
      Zaczął rozgarniać wątły mech i rychło odsłonił przed nimi ledwo się znaczący zarys jakiegoś sekretnego wejścia, o którego istnieniu z całą pewnością nie wiedzieli pozbawieni ogłady prości pasterze, doglądający dużo niżej swoich chudych kóz. Zresztą, kto przy zdrowych zmysłach pchałby się tam, gdzie dostojnie się znaczyła chmurna i wyniosła siedziba srogich bogów? Kto odważyłby się naruszyć ich spokój i zuchwale wtargnąć między nich, żądając dla siebie czary ambrozji lub nektaru? Lita kamienna ściana była wydrążona, kryjąc w swoim uśpionym wnętrzu jakieś tajemnice.

21.01.2004 :: 17:03
Link |  | Zdrada strażnika planety