EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2020
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(37)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(94)
Publikacje(44)
Cztery pory roku(32)

Starsze wpisy
2002-2004
guziakiewicz.pl/zapiski


Strony autora
guziakiewicz.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
igraszki z czasem
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga
romeo z zaświatów


Inne blogi
Wiesław Hop
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski
Małgorzata Żurecka









Pułapka na Lotosanina


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Znaleźliśmy się nad stanem Nevada. Kami pomknął w stronę Las Vegas, jednak zwolnił nad terytorium Hrabstwa Lincoln. Rysowały się pod nami pooddzielane plamami zieleni miasta, zbudowane w XXIII i XXIV wieku. Poznaczone wzniesieniami i górami tereny zostały zagospodarowane, jednak mimo globalnego przeludnienia pozostały tu jeszcze niewielkie obszary, nie skażone przez cywilizację, niby pamiątka po minionych stuleciach. Nietknięte okolice ostały się tu i ówdzie, a nasza amfibia zawisła nad jednym z takich zakątków. Wylądowaliśmy przed ulokowaną na łagodnym zboczu okazałą rezydencją, zbudowaną z litego drewna, względnie z jego doskonałej podróbki. Stylizowany na XVIII wiek zadbany budynek był piętrowy i zapewne stanowił własność kogoś zamożnego. Równie dobrze mógł być obiektem rządowym. Nieco dalej znaczyło się kilka innych, podobnych, choć może mniej okazałych, z pewnością przeznaczonych dla turystów.
      Z luku towarowego amfibii wypłynęły nasze bagaże, a Agnes zaopiekowała się moim niby-słonecznikiem. Mogłem się rozejrzeć. Z tarasu roztaczał się widok na rozległą dolinę, otoczoną wianuszkiem pokrytych rzadką roślinnością wzniesień. Zbliżał się wieczór i słońce chyliło się ku zachodowi.
      — Tu mieściła się osławiona Strefa 51 — wyjaśniła Daisy, wskazując na znaczącą się przed nami kotlinę. — Innymi słowy: jeden z najtajniejszych obiektów wojskowych w USA, baza Groom Lake. Jesteśmy na jej skraju. Teren w odległej przeszłości był pilnie strzeżony. Lądowały tu przypominające spodki statki kosmiczne obcych, osławione UFO. Odwiedzały Ziemię drobne szare istoty o dużych skośnych oczach — roześmiała się. — W latach pięćdziesiątych XX wieku ówczesny prezydent USA podpisał pierwszy oficjalny traktat z podszywającymi się pod Enbargonów Lotosanami. Traktat przewidywał zgodę na porywanie ludzi i poddawanie ich eksperymentom — w zamian za udostępnienie zaawansowanej technologii. Musieliśmy potem długo pracować nad tym, żeby to wszystko odkręcić i zatrzeć te wydarzenia w ludzkiej pamięci. Jednak Lotosanie uważali, że traktat nadal obowiązuje i co jakiś czas wybierali się na łowy. Porywali ludzi w Trójkącie Bermudzkim. Czasami odsyłali ich z powrotem na Ziemię, jednak przeważnie w stanie godnym pożałowania.
      Uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie słyszałem o Strefie 51. Jeśli chodziło o Trójkąt Bermudzki, obiło mi się o uszy to i owo. Jednak znane mi historyjki o goszczących tam kosmitach pochodziły z bajek dla dzieci.
      — Dlaczego tak bardzo wam zależało, by to ukryć?
      — To oczywiste — wzruszyła ramionami. — Przeciętny Ziemianin nie odróżni Enbargona od Lotosanina. Gdybyśmy się wreszcie ujawnili, godne pożałowania popisy tych drani poszłyby na nasz rachunek. Nie uprowadzamy ludzi i nie poddajemy ich eksperymentom medycznym. Ciekawe, po co mielibyśmy to czynić? — westchnęła. — Przez ostatnie dwieście lat panował tu względny spokój, a teraz znowu Lotosanie przypomnieli sobie o pokracznej kosmicznej misji. Próbują sprawdzić, jak daleko mogą się posunąć. Wysyłają sondażowo pojedynczych osobników. Ci porywają dwóch, trzech Ziemian i na tym poprzestają. Zwykle wybierają kobiety.
      — Nie chce się wierzyć! Będziemy tu jak na patelni. Domyślam się, że zamierzasz wystawić nas na wabia?
      — Nic się nikomu nie stanie, nie obawiaj się — natychmiast mnie uspokoiła. — Z pewnością Lotosanin na nas zapoluje, bo jesteśmy blisko. Za tymi górami znaczą się miasta i tam zwykle ci galanci się wybierają. Ten nie będzie musiał. Jutro udamy się na przechadzkę po zboczach i narobimy hałasu, by zwrócić na siebie uwagę.
      — A zabezpieczenia?
      — Mam dla wszystkich broń, lekką i nie sprawiającą kłopotów. Mocuje się ją na przedramieniu. Oni polują w nocy. Lotosanie zwykle hipnotyzują ludzi i zmuszają ich, by za nimi poszli. Na nas ich hipnoza nie działa. Jeśli ten palant wejdzie do środka, jeden strzał wystarczy, żeby go unieszkodliwić. Znajdzie się w potrzasku. Umieszczę dookoła willi czujniki, które nas ostrzegą. Drzwi zostawimy otwarte. Na wszelki wypadek Kami będzie tę okolicę monitorował z góry, bo amfibii nie możemy tu zostawić. Zdradzilibyśmy się, gdyby tu sterczała. Powinniśmy wyglądać jak zwykli turyści.
      Odetchnąłem z ulgą. Daisy strategię działania miała opracowaną w najdrobniejszych szczegółach, więc nie musiałem się o nic martwić.

16.08.2016 :: 08:00
Link | Komentuj (0) | Enbargonki