EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Roślinki z kosmosu


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Młode listery z Brillo okazały się bardziej zabawne niż sądziłem. Nie żywiły się ludzkim mięsem, czego się obawiałem w bazie Meduza, gdzie oglądałem wyglądające groźnie dojrzałe osobniki. Ich witki delikatnie ocierały się o mnie i owijały wokół moich łydek, łaskocząc mnie i pieszcząc. Można to było uznać za niewyrafinowaną formę masażu. Kiedy mi się już znudziło ich towarzystwo, niebieskooka Miriam pokazała mi akwaria z bluszczami, które potrafiły samodzielnie poruszać się po podłożu. Nazwała je kalamorfonami. Pnącza prowadziły pasożytniczy tryb życia. Szybko się przenosiły, jeśli tylko miały taką możliwość i zapuszczały korzenie tam, gdzie chciały. Te wędrujące rośliny były groźne, choć na takie nie wyglądały. Tym bardziej że potrafiły nie tylko osadzić się w korze napotkanego drzewa, lecz również wbić w ciało śpiącego człowieka lub zwierzęcia. Dla bezpieczeństwa musiały być szczelnie zamknięte. Gdyby się uwolniły, natychmiast wybrałyby się na polowanie. Miriam przez specjalny otwór wpuściła do akwarium gryzonia, jednego z tych, które miała w klatkach, by mi pokazać, co potrafią. Uporały się z nim błyskawicznie. W pierwszej kolejności dobrały się do jego pyszczka i ślepi. Byłem wstrząśnięty, oglądając je w akcji. Wolałem sobie nie wyobrażać, co by się stało, gdyby wdarły się nocą do naszego ośrodka i zaczęły szarogęsić się w sypialniach.
      Otrzymałem w prezencie od singielki o złocistych włosach doniczkę z fikuśnym niby-kwiatem, przypominającym ziemski słonecznik. Posiadał dwoje oczu, unaoczniających ludzkie, które otwierały się i zamykały. Kwiat niczym zwierzę wyczuwał ruch i wodził wzrokiem za jego źródłem. Obracał się jasnobrązową tarczą okoloną żółtymi płatkami. Postanowiłem, że zaprzyjaźnię się z tą egzotyczną roślinką z nieznanych stron kosmosu. Mogła wypełnić pustkę w moim życiu. Wprawdzie nie umiała mówić, ale to nie miało żadnego znaczenia. Pod pewnymi względami przypominała leniwego kota Gingera i wystarczało mi, że mnie zauważała. Niosąc ją do głównego pawilonu, uprzytomniłem jednak sobie, że zapomniałem o moich żywiołowych partnerkach. To one mimowolnie zaczynały kruszyć mur, którym się obudowałem. Niosły ożywczą zmianę. Zdawały się głosić nową religię, w której nie było miejsca na odosobnienie i izolację. Na zamykanie się w sobie. Miałem jednak wątpliwości, czy potrafią wyleczyć mnie z samotności. Przeszkoda leżała po mojej stronie. Żeby odwzajemnić uczucie, należało otworzyć przed kobietą serce i wpuścić ją do niego. Ja zaś broniłem się przed tym rękami i nogami.


23.05.2016 :: 08:59
Link |  | Enbargonki