EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Sekret immortusów


      Siwobrody nie próbował usprawiedliwiać postawionych pytań. Dowiedział się, czego chciał, nie zważając na wycelowaną broń. Zaczął teraz zaspokajać ciekawość Mi-ira.
      — Pytasz o immortusów? — zagadnął, skory do odsłaniania odległych kulis. — To pojawiający się okazjonalnie w obrębie różnych gatunków w kosmosie nietypowi osobnicy. Są wtopieni w otoczenie i dlatego raczej trudno ich wytropić. Zewnętrznie nie różnią się niczym od innych w ich społeczności — w plemieniu, wiosce, osadzie lub mieście, czy wreszcie na planecie, na której się znajdują. Sami też żadnych różnic nie widzą. Nie zmienia to jednak faktu, że są inni. Są... nieśmiertelni. I to dosłownie, bracie. Nie mogą umrzeć — wyliczał — nie mogą polec na placu boju, nie można ich zwabić w pułapkę i podstępnie zgładzić. Osłania ich jakaś niepojęta niezbadana siła, chroni tajemnicza niedostępna nam wszechpotęga. Czy pojmujesz, o czym mówię?! — stary spojrzał na niego z niejakim wyrzutem, a może nawet z odrobiną zawiści.
      — Nie — zgodnie z prawdą odparł Mi-ir. — Nie pojmuję.
      Tamten ciężko westchnął.
      — Jak ci to unaocznić? — zapytał samego siebie. — Widzisz, Wszechświat nie do końca jest racjonalny. Z pozoru wszędzie w nim obowiązują te same prawa fizyczne. Mówię: z pozoru, bowiem spod niektórych immortusi są wyjęci. Do nich one się nie stosują. Jakby ci jedną nogą tkwili w innym wymiarze — ciągnął. — Odwołam się do teorii prawdopodobieństwa, pewnie cenionej na twoim globie. Żywe organizmy są zawsze zagrożone. Jeżeli zdzielisz toporem Urchitę, trafisz go mieczem w głowę, albo pchniesz włócznią w piersi, to przecież go obalisz i pewnie już nie wstanie. Czy to takie dziwne? Wie o tym nawet dziecko. Jednak nie wtedy, kiedy wejdzie ci w drogę immortus. Można go wprawdzie próbować wyeliminować, ale i tak nic z tego nie wyjdzie. Zamach na niego — na przekór teorii prawdopodobieństwa — zostanie w jakiś niezrozumiały sposób przeniesiony na inny obiekt. Energia ataku gdzieś odpłynie. Coś go chroni, lecz co? Tego jak dotąd nie udało nam się ustalić.
      — Starcze, przecież to bzdury — odmówił mu racji Mi-ir.
      Transgalaktyta się obruszył. Zatarł dłonie.
      — Niestety, nie. Nie można uczynić im krzywdy i wysłać ich — mówiąc językiem tutejszych — do Hadesu. Próbowano już tego wielokrotnie, ale bez skutku. Ich istnienie, to wielki cios w święte i nienaruszalne podstawy naszej wiedzy. To upokarzający policzek dla najstarszych z rady. Ci, tam na Taurosie, nie są w stanie z tym się uporać. A co gorsze, nie mają zielonego pojęcia, skąd się oni biorą. Sporadycznie się pojawiają, to tu, to tam, w różnych galaktykach. Są jakby... z innej nieudokumentowanej rzeczywistości, do której nie prowadzą żadne drogi.
      Mi-ir z uwagą go wysłuchał. Coś nareszcie zaczęło mu świtać w głowie.
      — Czy my?!.. — niepewnie zapytał, wskazując palcem na siebie.
      Starzec sapnął, zerkając na niego z odrobiną uznania.
      — Nareszcie — z ulgą dokończył. — Domyśliłeś się. I ty, i Ni, i Mu-ur. Dlatego ocaleliście z katastrofy gwiazdolotu, chociaż przecież szanse przeżycia kogokolwiek były minimalne.

17.01.2004 :: 09:42
Link |  | Zdrada strażnika planety