Słoneczko, czyli w świecie synonimów


z powieści SF „Enbargonki”

      — A możesz mi, słoneczko, pokazać, gdzie mieszkacie?
      — To sąsiednie korytarze — rzekła po chwili namysłu. — Prowadzą do pawilonów, łączących się z głównym budynkiem. Szybko opanujesz ten labirynt. Nie jest skomplikowany.

      — Zabijesz mnie, słoneczko, jeśli cię pocałuję? — żartobliwie zapytałem, usiłując ją ostrożnie wysondować.
      Roześmiała się, czarownie zaglądając mi w oczy.
      — Zabiję cię, jeśli mnie nie pocałujesz! — zręcznie odpaliła, uwalniając mnie od wątpliwości.

      — Najpierw pójdę do Jacqueline obejrzeć jej wieżę lotów, a potem polecę z tobą, słoneczko, postrzelać sobie do bawołów. Wilk będzie syty i owca cała…

      — Jeszcze jesteś, słoneczko? — zacząłem nadawać na innej fali. — Nie wstanę, bo przywali mi podłoga i będę miał rozwalony czerep — grymaśnie się żaliłem.

      — Rewelacja! Nie tercet, ale kwartet? Jak chciał Mahomet? Zatem dodam cię do mojej listy, słoneczko. Będzie wspaniale mieć cię na Marsie. Jesteś niepodobna do lasek, na które już się zdecydowałem.






Tak napisali inni:





| Wróć |