EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Starzec z mokradeł


fragment powieści SF „A jeśli jutra nie będzie”

      Wróciłem do początku powieści i zająłem się wątkiem pobocznym, jednak decydującym dla całości utworu. Fantastyka ma swoje prawa, więc finałem wstrząśnie... tajemniczy kalendarz Majów.

      Katie minęła Boca Raton, Pompano Beach, Fort Lauderdale i Hollywood. Dotarła do Miami. Przecięła centrum miasta i skierowała się na południowy zachód. Pokonanie wynoszącej blisko osiemdziesiąt mil odległości zajęło jej dwie godziny. Wszędzie witała ją pustka. Oglądała rozbite samochody i pozostałości po karambolach. Po drodze musiała zatankować, ale sobie poradziła. Zatrzymała buicka przed wejściem do Charlotte Jane Memorial Park Cemetery. Dotarła do celu podróży. Cmentarz miał ponad sto lat i na nim pochowano dziadków Katie. Zwłoki grzebano płytko na wypadek powodzi. To miejsce spoczynku zmarłych było dosyć dobrze znane i ponoć zainspirowało nawet Michaela Jacksona. Jednak dziewczyna nie przywiozłaby tutaj rdzawych prochów rodziców, gdyby nie to, że zatelefonował do niej jej kuzyn Aaron. Była zdziwiona, że jeszcze żyje. Szybko się umówili i nie wahała się ani chwili. Kuzyn chciał, żeby przyjechała przed południem, bo potem musiał wracać do siebie. Po upojnej nocy Oscar rankiem opuścił dom Katie, więc się z nim już nie zobaczyła, a tylko zostawiła mu kartkę na stole w kuchni.
      Aaron był półkrwi Indianinem. Mieszkał na bagnach, zbratany ze szczepem, celebrującym dawne zwyczaje Majów. Miał czekać na nią na cmentarzu. Jej babcia była i jego babcią. Stał teraz w swoich ulubionych ciuchach przy rodzinnym grobowcu skrytym pod rozłożystym drzewem niczym pod baldachimem. Miał na sobie kraciastą koszulę z cienkiej flaneli, wranglery i pasek z bogato rzeźbioną srebrną klamrą, a do tego stylowe buty. Na jego głowie widniał zniszczony kowbojski kapelusz, spod którego spływały sięgające aż do ramion idealnie proste włosy o barwie onyksu. Jego spojrzenie mówiło, że siła człowieka bierze się z życia w harmonii z naturą. Przyjezdna bardzo przeżyła to spotkanie. Wpadła mu w ramiona i rozszlochała się na dobre. Aaron był twardy, rzadko okazywał uczucia, jednak tym razem objął ją i przytulił. Również w jego oku zakręciła się łza. A poza tym miał jej dużo do powiedzenia.
      Kuzyn pomedytował przy prochach jej rodziców oraz przy szczątkach dziadków, a potem zaprosił ją do Miccosukee Indian Village. Szosa biegła na zachód, a dojazd do wioski zajmował około czterdziestu minut. Pojechała za nim swoim buickiem. Była bardzo głodna, więc zatrzymali się przy napotkanej meksykańskiej restauracji. Musieli sami się obsłużyć. Aaron urzędował w kuchni, kręcąc się przy kuchence mikrofalowej. Przyniósł do stolika to, co znalazł. Katie nie przepadała za meksykańską kuchnią i zapachami jej przypraw, ale nie wypadało jej odmawiać. Jej rodzina była cywilizowana, jednak nie na tyle, by zerwać z tradycją, z którą za pośrednictwem Aarona pozostawała mocno związana. Początkowo śmieszyły ją obrzędy na mokradłach, w królestwie aligatorów, kiedy jednak zobaczyła, do jakich rzeczy jest zdolny czarownik, nabrała do nich szacunku. Chodziło w nich o coś więcej niż tylko o magię. Starzec posiadał dary uzdrawiania, czynienia cudów, lewitacji, bilokacji, oraz inne, z którymi się nie zdradzał, ale przede wszystkim był jasnowidzem. Potrafił dostrzec następstwa nawet bardzo odległych zdarzeń. Na przedramieniu Katie znaczyła się brzydka blizna z wczesnego dzieciństwa. Kiedy czarownik ujął jej rękę i przesunął nad nią starczą dłonią, wypowiadając z zamkniętymi oczyma słowa zaklęcia, blizna znikła.
      Aaron rozstrzygnął, gdzie dokładnie mają mieszkać w West Palm Beach, wybrał dla nich dom, a rodzice czarnulki podporządkowali się mu bez sprzeciwu. Kuzynowi zależało, by ich ukochana córka Katie rosła i wychowywała się blisko tajemniczego wybrańca, który miał zmienić losy świata. Chciał, by na co dzień ocierała się o niego. Jej matce to odpowiadało, bowiem uważała, że życie bez odrobiny mistyki byłoby bezbarwne i nudne. Dziewczyna przeżyła jednak wielki szok, kiedy wreszcie odkryła, o kogo chodzi Aaronowi. Ów wybraniec nosił imię i nazwisko, jak wszyscy cywilizowani ludzie na tym kontynencie, a przedstawiał się jako… Oscar Moore. Spuszczała wzrok, kiedy go mijała na ulicy, udając, że go nie widzi i nie zna. Strzegła tej tajemnicy. Chłopak jeszcze nie wiedział, kim jest z woli nieznanych sił i czego ma dokonać. I póki co tak miało pozostać. Aż do wyznaczonego czasu.
      Czarnulka domyślała się, że w indiańskiej wiosce nie pobędą długo. Służyła głównie przyjeżdżającym tam turystom. Jeśli mieli się zobaczyć z duchowym indiańskim przywódcą, musieli przesiąść się na ślizgacz, przystosowany do pływania po mokradłach. Dziewczyna już w przeszłości korzystała z tego środka transportu. Posługiwano się tam szerokimi płaskodennymi łodziami bez podwodnej śruby, która niszczyłaby bagienną roślinność, ale za to z wielkim śmigłem jako napędem, zamkniętym w drucianej klatce za plecami sternika.


24.07.2015 :: 15:00
Link |  | A jeśli jutra nie będzie