EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(85)
Publikacje(43)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Superrasa


fragment powieści SF „Enbargonki”

      Grace zajrzała mi w oczy, jakby chcąc z nich wyczytać, co wiem, a czego nie wiem.
      — Jesteś ulepszoną wersją samego siebie. Posiadasz nadzwyczaj wydolny organizm, my też takie mamy. Ewolucyjnie stoisz dużo wyżej niż inni ludzie — wyjaśniła z najwyższą powagą.
      — Stworzyliście superrasę? Ja cię kręcę! Dlaczego tego nie zauważyłem? — ironicznie parsknąłem.
      Podeszła do nas Jacqueline, jakby przewidując, że będzie potrzebna.
      — W czym rzecz? — ciekawie zapytała.
      — Należałoby rozpocząć od pokazania ci możliwości twojego układu regeneracyjnego — ciągnęła Grace, klarując mi to wszystko pod dachem. — Wypadałoby cię mocno zranić, najlepiej nożem — dodała, znacząco zerkając na brunetkę.
      — O nie, nie piszę się na to — prychnęła Jacqueline. — Nie dla mnie takie numery. Poproś Daisy, ona jest od mokrej roboty. — Rozejrzała się za Hinduską.
      — Załatwcie to razem — w te pędy rozstrzygnęła Grace. — Wy dwie pierwsze zaczęłyście go wtajemniczać.
      Sprzątano po śniadaniu. Jacqueline i Daisy poważnie potraktowały zalecenie Grace, czego się nie spodziewałem. Uznałem, że nie należy traktować jej słów serio. Umknąłem na pływalnię i wyciągnąłem się na leżaku, przymykając oczy i wystawiając twarz do słońca. Jednak nie byłem w stanie ukryć się przed nimi. Rozhasane dziunie mnie dopadły, nie pozwalając mi zapomnieć o tym, co wyniośle zakomunikowała pierwsza dama.
      — Musisz przez to przejść — z ożywieniem oznajmiła brunetka. Powiedziała to takim tonem, jakby chodziło o niewinną grę w berka.
      Daisy bawiła się swoim nożem, a w jej oczach migotały niebezpieczne błyski.
      — Mam odegrać rolę prosiaka, którego zarzyna się na ucztę plemienną? — usiłowałem ich zamiar obrócić w żart. Nie chciałem, by na mnie eksperymentowały. Nie nadawałem się na królika doświadczalnego.
      — Coś w tym stylu. Dawaj rękę! — zażądała Hinduska. Nie wierzyłem, że to zrobi. Nie wykręciłem się sianem. Chwyciła ją mocno i oparła o poręcz leżaka. Ciachnęła mnie nożem, przebijając dłoń na wylot.
      Wyrwałem jej rękę i wrzasnąłem wniebogłosy. Bolało jak diabli. Zerwałem się z leżaka. Moja krwawiąca prawica wyglądała tak, jakbym właśnie dostał stygmatów.
      — Odbiło wam, czy co? — przerażony jęknąłem. — Taki z ciebie ochroniarz? Masz mnie bronić, a nie kroić w paski!
      Daisy ostrożnie wyciągnęła złoty sztylet z rany.
      — A teraz patrz! — powiedziała.
      Rana szybko znikała. Nie trzeba było jej bandażować. Stopniowo się zabliźniała i po minucie nie został żaden ślad po zadanym ciosie. Skóra była gładka. Poruszyłem palcami. Ból ustał, jakby to wszystko nie działo się naprawdę. Czyżby przestały obowiązywać prawa natury?
      Rozpaczliwie zajrzałem w ich oczy, próbując pojąć, kim stałem się w rękach nieprzeniknionych Enbargonów. Nie były przejęte incydentem, a Daisy bawiła się nadal sztyletem.
      — Mogę ci jeszcze uciąć palec — zaproponowała z miną urodzonego sadysty. O dziwo, z tą miną było jej do twarzy, a jej szelmowski uśmiech zniewalał. Broniłem się dotąd przed myślą, że ta niewinna istota jest w stanie zabić z zimną krwią.
      — Nie, nigdy! — zaprotestowałem. — Wierzę ci na słowo.
      Przypomniałem sobie, że w pradawnej yakuzie karą za błąd było obcięcie palca. Ten ponury rytuał wywodził się z kodeksu samurajskiego i nosi nazwę yubitsume. Ja jednak nie byłem członkiem żadnej mafijnej organizacji, a poza tym palec z całą pewnością by mi odrósł. Naprawdę im wierzyłem.
      Przysiadłem na leżaku, przyglądając się nieufnie obu madonnom. Rozochocone, mogły ponownie spróbować swoich sił i dobrać się do mnie. Skupiłem trwożną uwagę na penisie.
      — To kim, do diabła, jesteśmy? Tworzymy faktycznie nową rasę?
      — Coś tak jakby… — beztrosko odpowiedziała Jacqueline.
      Pomyślałem, że znowu muszę się upić. Zalać się w sztok. To przechodziło ludzkie pojęcie. Byłem sobą i nie byłem.
      Nad zdolnością do regeneracji ziemscy i marsjańscy naukowcy pracowali od wieków, ale nie odnieśli większych sukcesów. Enbargoni pod tym względem zaszli dużo dalej. Ze zgrozą pojąłem, że ocierają się o nieśmiertelność. Człowiek nie potrafił dogonić salamandry. Zraniony ziemski płaz był w stanie odtworzyć sobie ogon, kończyny i ważne organy wewnętrzne. Pozwalał mu na to układ odpornościowy. Zrozumiałem, dlaczego moje madonny nie miały przebitych uszu i nie nosiły kolczyków w pępku. Ich naruszona skóra momentalnie się odnawiała. Pobiegłem myślami w stronę medyka z Orlando, który zbadał mnie po przylocie z orbity supernowej i podzielił się ze mną swoimi wątpliwościami. Zastanawiało mnie, jak dalece przeniknął sekrety obcych. Czy byłem wydaniem pierwszym poprawionym samego siebie, czy całkiem nowym wydaniem drugim? Odniosłem wrażenie, że moje madonny chcą mnie przekonać, iż w grę wchodzi druga ewentualność.
      Wstałem i ponuro zerknąłem na Daisy. Była cała w skowronkach. Pokazała pazurki, ale doskonale wiedziała, że puszczę jej to płazem.


22.02.2016 :: 14:30
Link | Komentuj (0) | Enbargonki