EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







„Syreny z Cat Island”


Chodzi mi po głowie pomysł na nową mikropowieść sci-fi...


      Ludzie widywali syreny od niepamiętnych czasów. Według starożytnych podań te pół-kobiety, pół-ryby zamieszkiwały małe wyspy na Morzu Śródziemnym, a tam wabiły urzekającym śpiewem żeglarzy i ich z zimną krwią zabijały. Natknął się na nie ponoć Odyseusz, król Itaki, biorący udział w wojnie trojańskiej. Orfeusz miał uratować argonautów, zagłuszając śpiew nimf własną pieśnią i grą na lirze. Jednak w XX wieku mało kto opowieści o nich traktował poważnie. Tym bardziej mało kto łączył te mityczne stwory z przybyszami z odległych stron kosmosu. A może po prostu syreny zeszły ludziom z oczu?
      Patryk szczycił się, że ma umysł ścisły, nigdy też nie był zwolennikiem poglądów Ericha von Dänikena i nie przesadzał z wiarą w mity, tym niemniej wiedział swoje. Był zdania, że nie należy lekceważyć z pozoru wątpliwych i kruchych dowodów w imię naiwnego hołdu dla obiektywizmu nauki. Skąd dowiedział się o tej wyspie? Któregoś popołudnia usłyszał od niej od znajomego. Zauważył go i przysiadł się do jego stolika w porze lunchu. Tamten akurat wrócił z Karaibów i czuł potrzebę podzielenia się z kimś wrażeniami. Zrelacjonował mu opowieść starego rybaka, gotowego za kilka piw sprzeniewierzyć się tubylczej społeczności i zdradzić jej sekrety.
      Syreny ponoć wychodziły z wody, kiedy zbliżał się ich czas. Przy pełni księżyca. I szukały faceta. A piękne były! Takie, że dech zapiera.
      Patryk blado się uśmiechał i przytakiwał mu z udawaną obojętnością. Nie chciał, by tamten domyślił się jego obsesji na punkcie syren. Przed nikim nie zdradzał się ze swoją pasją. Gdyby znudzony kumpel wdepnął do jego mieszkania, odkryłby ze zdumieniem, że zebrał tam prawie wszystko, co powstało na ich temat. Nie pomijając plakatów, filmów i nagrań wideo. Miał lekkiego świra na punkcie tych tajemniczych istot i interesował się nimi od dziecka.
      Czy więc mógł postąpić inaczej? Pomimo tego, że obłożono go pracą, wziął urlop i poleciał do Nassau, stolicy Bahamów, a tam przesiadł się na lot do Arthur’s Town. Znalazł się na Cat Island. Akurat zbliżała się pełnia księżyca. Trafiło się ślepej kurze ziarno. Na taką okazję czekał od lat. Wiatr szeleścił tu w liściach palm, fascynowały rafy koralowe, a tropikalna roślinność była gwarancją udanego wypoczynku.

      Siedziała w kącie sali, odziana w trochę na nią za luźną żółtą bluzę i wypłowiałe bawełniane spodnie, ściągnięte parcianym paskiem. Była dziwnie smutna i zagubiona, jakby mimo słońca i plaży znalazła się w otoczeniu, które jej nie cieszyło. Starała się nie tracić wzrokowego kontaktu z morzem i kiedy ktoś przymknął barowe drzwi, natychmiast się podnosiła, by znowu je otworzyć. Twarz miała miłą i ujmującą, ale bez śladu makijażu, a jej blond włosy dawno nie widziały grzebienia. Stało przed nią piwo, którego nawet nie tknęła. Nie wyglądała na więcej niż na dziewiętnaście lat.
      Patryk lenił się już tutaj dwa dni, włócząc się po plaży i zaglądając w różne kąty. Instynkt mu mówił, że trafił w dziesiątkę. Nie było jej tu na pewno wcześniej i bez wahania zbliżył się do jej stolika.
      — Heja — życzliwie rzucił na powitanie, licząc na to, że ta piękność go nie spławi.
      Podniosła na niego niepewne spojrzenie, zajrzała mu pytająco w twarz, a potem pojawił się w jej oczach charakterystyczny błysk, zdradzający, że nagabujący ją facet odpowiada jej gustom. Skinęła przyzwalająco głową. Przysiadł się i zaczął do niej nawijać, ale szybko się zorientował, że podrywana laska nie rozumie angielskiego. W lot się połapał, że może z nią się dogadać tylko na migi.
      Przytakiwała, widząc, jak próbuje jej rękami wytłumaczyć, że na tej wyspie jest jak w raju. Jej spojrzenie było inteligentne, jednak bardziej od gestów, które Patryk wykonywał, zajmował ją jego owłosiony tors. Pożądliwie wpiła się wzrokiem w dobrze umięśnione odsłonięte ramiona i chyba zauważyła to także barmanka, bo krzykliwie przywołała go do siebie.
      Wyjął portfel, sądząc, że powinien zapłacić i w jego palcach pojawił się banknot dwudziestodolarowy.
      Mulatka pokręciła przecząco głową, bo nie o to jej chodziło.
      — Stary Syrenus już nie żyje, on przyjmował te wychodzące z morza — z dojmującą szczerością rzekła, nie przejmując się, że blondyneczka może ją usłyszeć. — Jeśli chcesz się nią zająć, weź ją do jego chaty. To ta na wzgórzu, na lewo od ścieżki — pokazała mu ręką nieokreślony kierunek.
      — Syrenus? — zdziwił się.
      — Tak go nazywano — rzuciła i nagle umilkła. Spuściła głowę, wracając do butelek i szklanek. Pojął, że nic więcej mu nie powie. Zostawił na ladzie banknot, nie oczekując reszty i wrócił do swojej panny.
      Ciepło wyciągnął do niej dłoń.
      — Chodź! — mruknął zachęcająco. — Poszukamy tej chaty!
      Posłusznie się podniosła i dała się mu pociągnąć za rękę. Nie przeszedł z nią nawet stu metrów wijącą się drogą, obsadzoną z obu stron wysokimi palmami, gdy zauważył ową siedzibę. Wbity w ziemię prymitywny drogowskaz z wyrytą na drewnianej tabliczce syreną mówił zresztą sam za siebie.
      Chatynka Syrenusa wspierała się o nierówną skalną ścianę z widocznym z jednej strony niskim wejściem do budzącej niepokój ciemnej pieczary. Z drugiej strony stały na jej straży resztki rozsypującego się muru. Miała okna z brudnymi szybkami i wiszące na skórzanych zawiasach drzwi. Dalej znaczyły się między drzewami porośnięte dziką roślinnością ślady dawnej wioski, zamieszkałej przed przeszło stuleciem przez niewolników, zmuszanych do katorżniczej pracy na plantacjach bawełny.


05.11.2009 :: 12:57
Link |  | Syreny z Cat Island