EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







W Muzeum Egipskim


fragment „Buntu androidów”

      Pozostawiłem Maggie przy zasuszonych szczątkach naszego przyjaciela, by mogła się napatrzeć i poszukać tego, co tylko ona była w stanie znaleźć, a sam w tym czasie obejrzałem sobie mumie pozostałych eksponowanych tu faraonów, ze szczególną uwagą lustrując oblicze Setiego I, panującego w Egipcie ponad dziesięć lat. Był ojcem Ramzesa II i pozostawił po sobie wspaniały grobowiec w Dolinie Królów. Jego sarkofag trafił do w Muzeum Johna Soane’a w Londynie. Potem zawróciłem, poziewując w zwiniętą dłoń.
      — I jak? — spytałem zielonooką, sterczącą nadal przy zabalsamowanych zwłokach Ramzesa. Byłem ciekawy efektów. — Odkryłaś coś interesującego?
      Miała zawiedzioną minę.
      — Tu nie ma żadnych artefaktów — zdradziła z bólem.
      Taksowałem ją wzrokiem. Było widać, że bardzo przeżywa swoją porażkę.
      — Nie przejmuj się, errare humanum est, rzeczą ludzką jest błądzić — próbowałem ją pocieszyć.
      — Ludzką? — gorzko się zdziwiła. — Nie jesteśmy ludźmi.
      Dopiero w tym momencie uprzytomniłem sobie, że coś ważnego przeoczyłem. Od pewnego czasu dźwięczał mi w głowie cichy alarm. Stężałem. Przez króciutką chwilę targały mną emocje, uniemożliwiające racjonalne działanie. Szarpany sprzecznościami, usiłowałem się opanować.
      Maggie wyczuła, że coś złego się stało i z niepokojem zajrzała mi w oczy.
      — Gdzieś tu w pobliżu kręci się jeszcze jeden android — wyszeptałem ze zgrozą. — Jasny gwint, obcy. Dopiero teraz się zorientowałem. Na pewno go nie było, kiedy wchodziliśmy do muzeum. Mam nadzieję, że nie jest klasy D3.
      Kto nam deptał po piętach? I dlaczego? Nie robiliśmy niczego złego. Jako agenci drugiego poziomu mieliśmy prawo przebywać na Ziemi, plątać się i udawać niewinnych turystów. Maggie skupiła się, swymi utajonymi zmysłami przenikając ściany.
      — Tak, widzę go — szepnęła po chwili. — Snuje się po piętrze. To Arab około trzydziestki, cyborg, podobny do nas jak nic. Nikt mu nie towarzyszy.
      Byliśmy jak na patelni. Odruchowo sprawdziłem uzbrojenie i zabezpieczenia.
      — Wychodzimy — wychrypiałem. — To publiczne miejsce, na pewno nie dojdzie do konfrontacji.
      Podejrzany Arab znakomicie wtapiał się w tłum zwiedzających. Miał na sobie długie ciemne spodnie i kolorową koszulę. Czarne kręcące się włosy okalały szczupłą śniadą twarz. Udawałem, że go nie widzę. Minę miałem nietęgą i byłem gotowy w każdej chwili zejść mu z drogi. Obcy agent nie usiłował nas zaczepiać. Jednak kiedy mijaliśmy go, uśmiechnął się pod nosem i porozumiewawczo mrugnął okiem do Maggie.
      Agentka złapała mnie pod rękę.
      — Rzucił do mnie perskie oko — zdradziła z bezbrzeżnym zdumieniem.
      Nie zszedł za nami na parter. Zniknął.
      — Co za drań — syknąłem przez zęby. — Stary cwaniak. Czuje się bezpieczny. Daje nam do zrozumienia, że jest górą.
      Kiedy zatrzymaliśmy się przy eksponatach z grobowca Tutanchamona, złotych trumnach, sprzętach użytkowych i wspaniałych maskach, uprzytomniłem sobie, że nie ma go już na Ziemi. Skorzystał prawdopodobnie ze znanej tylko sobie linii transferowej.
      Pomyślałem, że po powrocie do hotelu połączę się z Or-Matem i zapytam, co mam począć w tej sytuacji. Nie chciałem popełnić błędu. Zbyt dobrze pamiętałem starcie ze zbuntowanymi androidami z Galaktyki Sombrero. Może należało zmykać gdzie pieprz rośnie?


10.07.2013 :: 18:00
Link |  | Bunt androidów