EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2020
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(37)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(94)
Publikacje(44)
Cztery pory roku(32)

Starsze wpisy
2002-2004
guziakiewicz.pl/zapiski


Strony autora
guziakiewicz.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
igraszki z czasem
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga
romeo z zaświatów


Inne blogi
Wiesław Hop
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski
Małgorzata Żurecka









Witajcie, brzydule!


      Piszę już nową powieść SF „Enbargonki”, ale nie przestałem uzupełniać poprzedniej, noszącej tytuł „A jeśli jutra nie będzie”, więc w efekcie pracuję równocześnie nad dwoma utworami. A oto fragment uzupełnionej właśnie sekwencji z tej ostatniej powieści:

      Dotarł do lekko zakurzonego filmu „Caveman” z 1981 roku. Była to zabawna komedia o nierozgarniętych jaskiniowcach. Zaczął szukać skojarzeń. Czy przypadkiem po ataku wirusa nie zagrał w nich pierwotny instynkt i nie odezwała się potrzeba budowy plemiennej wspólnoty? Z błyskiem w oku uznał, że było to pytanie godne uwagi. Małpy też żyły w stadach. Człowiek prymitywny, aczkolwiek nie cieszący się wybitną inteligencją, doskonale wiedział, że powinien szukać azylu w wiosce i szczepie. Wygnanie, poza śmiercią, kalectwem i ciężką chorobą, było największym nieszczęściem, jakie mogło go spotkać. Na co dzień otoczony kobietami i dziećmi, trzymał się pobratymców, z którymi ruszał do walki i polował na dzikie zwierzęta, ptaki i ryby. Razem mogli mierzyć się z przeciwnościami losu, a życie w pojedynkę nie wchodziło w grę. W starożytności egzystencja poza rodziną i klanem też była praktycznie niemożliwa. Nie inaczej działo się później, aż po czasy współczesne. Pustelnicy należeli do rzadkości. A co po ataku superwirusa? Skoro pękły dające poczucie bezpieczeństwa więzi rodzinne, przyjacielskie, szkolne i zawodowe, bo nikt z bliskich nie przeżył, należało czym prędzej stworzyć nowe i na nich się oprzeć. Wypełnić nimi powstałą próżnię. Bez zakotwiczenia w grupie człowiek nie mógł się obyć. Dojmująco czuł, że bliskość innych jest dla niego równie ważna jak oddychanie, jedzenie i picie. Nie nadawał się na rozbitka, skazanego na wegetację na bezludnej wyspie. Nawet jeśli znakomicie opanowałby sztukę przetrwania, jak grany przez Sylvestera Stallone’a weteran z Wietnamu, bohater filmu „Rambo: Pierwsza krew”.
      Otworzyły się drzwi do kuchni i usłyszał radosne piski dziewcząt.
      — Oskarze, chodź zobaczyć! — zawołała Emily.
      Poczuł gorące łzy napływające mu do oczu. Były przy nim bezpieczne i wracała im beztroska. Nieświadomie sprawiał, że miały ochotę się śmiać, a ich świat stawał się znowu pełen światła i ciepła. Czy to grzech być optymistą i bujać w obłokach? Koił ich ból, nie pojmując, dlaczego mu się to udaje. Radość i smutek mogły iść w parze. „Mężczyzna jest czynnikiem stabilizującym w grupie złożonej z kilku kobiet!” — autorytatywnie wyszeptał w jego głowie cichy głosik.
      Odłożył płyty, podniósł się i zajrzał do kuchni. Natasha stała przy Angelinie i Emily, oceniając wyniki swojej pracy. Trzymała w ręku pędzel do makijażu.
      — Witajcie, brzydule! O, przepraszam! — przekrzywił głowę z uznaniem. — Cofam, co powiedziałem. Wyglądacie rewelacyjnie, jak gwiazdy z Hollywood, prawdziwe celebrytki. Powinnyście znaleźć się na wybiegu. Szkoda, że nie ma tu jupiterów i kamer. — I zaraz dodał: — Dajcie aparat, zrobimy sesję zdjęciową!
      Natasha skwapliwie podała mu smatfon. Skupił się na zbliżeniach ich twarzy.
      — Super! Jeszcze jedno ujęcie! — pstrykał zdjęcie za zdjęciem. — Fantastycznie! — zachowywał się jak profesjonalny fotograf, przejęty do głębi swoją pracą. Wreszcie orzekł: — Chyba już dosyć.
      — Czy to będzie do „Playboya”? — z łobuzerskim uśmiechem zapytała Angelina.
      — Nie, do magazynu „People” — odpowiedział ze śmiertelnie poważną miną. Znał się na rzeczy. — Do „Playboya” zrobimy sesję późnym wieczorem — żartobliwie obiecał.
      — Wolałabym do „Penthouse” — z rozkapryszoną miną rzekła Emily.
      Były cudownymi dziewczynami i chciało się dla nich żyć. Z żalem sobie uzmysłowił, że oprócz siebie nie mają na świecie nikogo. Stanowili udaną rodzinę. To jedyne, co im pozostało. Pominąwszy okazyjną pracę, którą cieszyły się Emily i Angelina.
      — Wiesz, co? Możemy przebić ci ucho i założyć złoty kolczyk — figlarnie kusiła Natasha, wodząc palcami po jego policzku.
      Skrzywił się. Miał ochotę rzucić, że to dobre dla krów, ale nie chciał się kompromitować.
      — Innym razem — powiedział.


17.09.2015 :: 09:00
Link | Komentuj (0) | A jeśli jutra nie będzie