EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA







Z „Bolerem” Ravela w tle...

...czyli kto lubi tańczyć na stole

      Wrócił do niewielkiego mieszkania i wyciągnął się na sprężynującym łóżku. Uwielbiał dawnych mistrzów. Włączył odtwarzacz, decydując się na ulubione "Bolero" Maurycego Ravela.
      — Crescendo na orkiestrę, start! — zarządził.
      Pierwszy raz ten utwór usłyszał w Wenecji jako ośmioletni chłopak. Wsłuchał się w jednostajny baskijski rytm, podany przez werbel i zaraz flet rozpoczął solo. Temat był natarczywy, a orkiestra wielokrotnie go powtarzała, stopniując, bez żadnego rozwinięcia.
W Paryżu był sam, rodzice bowiem przebywali na stałe w Awinionie. Odwiedzał ich od czasu do czasu, a zimowe i letnie wakacje spędzali wspólnie. Ostatnio hulał z nimi dwa tygodnie na Madagaskarze, ale zaczynał się już nudzić w ich towarzystwie. Różnica wieku robiła swoje. Nie obchodziły go dyskusje nad nowymi metodami uprawy złocistej kukurydzy, co pociągało siwiejącego ojca, mającego udziały w kilku spółkach rolniczych, ani rozmowy o terapiach odmładzających, co z kolei wywoływało podniecenie u dbającej o siebie matki. Był inny niż jego koledzy, górował nad nimi inteligencją, łatwością zapamiętywania i tempem skojarzeń — co czuł od wczesnego dzieciństwa.
      — Wchodzi następny — szepnął, wsłuchując się w płynące dźwięki.
      Dlaczego lubił ten utwór? Pewnie dlatego, że dziełko było apoteozą rytmu. A poza tym stanowiło wspaniałą rewię instrumentów. Te kolejno po odegraniu solowej partii wnikały w akompaniament. Umiał je rozpoznawać.

      Powracała do niego w samotne wieczory jak bumerang pewna niepokojąca myśl. Teraz, kiedy otrzymywał regularnie koperty z czekiem, honorowanym przez American Express przy Place d'Opera, a wraz z tym wizerunek walczącego ze smokiem archanioła, ta myśl narastała, przeradzając się w pewność. Rysunek bezsprzecznie symbolizował rozsianą po kuli ziemskiej osobliwą społeczność, która subtelnie dawała znać o sobie, nie zdradzając na razie swej tożsamości. Intuicyjnie to wyczuwał. Przez Internet szukał pierwowzoru wizerunku, sięgając do archiwów bibliotecznych na wszystkich kontynentach, ale bez skutku. Twórca sztychu nie był znany. Ostatnio jak przez mgłę przypominał sobie, że gdzieś w Paryżu widział niemal identyczny motyw na portalu jakiegoś przypadkowo mijanego gmachu. Tylko gdzie to było? Mimo tego, że od tygodnia ćwiczył się w odtwarzaniu swoich nie tak bardzo zawiłych tras po mieście, nie mógł mglistego wspomnienia skojarzyć z właściwym zakątkiem stolicy.
      Przeciągnął się na łóżku, wahając się nad dzielnicą łacińską, w której symbol walczącego anioła mógł się wiązać z jakąś tradycją uniwersytecką. Tam natrafiał wciąż na objuczonych książkami studentów.
      — Najboleśniejszy jest dramat wyobcowania — mruknął do siebie, sięgając myślami do pisarzy egzystencjalistów XX wieku. W wolnych chwilach zagłębiał się w prace Sartre'a i Camusa. — Doświadczyć samotności — orzekł, cedząc zgłoski. — Czytywał też inne dzieła, nie stroniąc od filozofów starożytnych i średniowiecznych. — Dobra, kij z tym — zawyrokował, przeciągając się po chwili zadumy. — Da się przeskoczyć tę poprzeczkę!
      Napięcie rosło i odzywały się kolejne instrumenty. Oglądał kiedyś to widowisko baletowe w operze i przed oczyma miał teraz skąpo oświetloną scenę. We wnętrzu hiszpańskiej gospody siedzieli wzdłuż ścian przy winie wieśniacy. Pośrodku na wielkim stole gibka dziewczyna rozpoczynała taniec. Najpierw nieśmiało, choć z godnością, miarowo. Rytm uporczywie wracał, raz po raz, a jej ruchy krzepły, nabierały pewności i śmiałości. Początkowo nie zwracający na dziewkę uwagi goście zaczynali stopniowo nasłuchiwać, rozmowy cichły, wstawali i urzeczeni podchodzili do stołu. Jak zahipnotyzowani gromadzili się wokół tańczącego bóstwa.
      — Zbiorowa magia — półszepnął. — I ta niebotyczna wirtuozeria ruchów. Baletnica była cudowna!

      Mimo swych siedemnastu lat nie miał dotąd dziewczyny i chyba to go najbardziej bolało. Skrycie marzył o takiej, o cudownej wybrance swego losu — ba, wiele razy wyobrażał sobie, że udało mu się ją wreszcie poznać i z nią się zaprzyjaźnić. Wyobrażał sobie, że trzymając się za ręce włóczą się razem po wybrzeżu Sekwany, zaglądają do kafejek, do muzeów i do kin. Z tych lasek, które znał, żadna mu jakoś nie odpowiadała, chociaż chciały się z nim umawiać. On się im podobał, one jemu — nie. Muzyka płynęła, zwiastując finał, instrumentów w tle przybywało — i nagle, dosłownie w okamgnieniu, powiązały się strzępy wspomnień, przekształcając w obraz, który pojawił się w polu świadomości. To był przebłysk geniuszu. Chłopak doznał prawdziwego olśnienia. Narastające crescendo zamknął obcy, mediantowo zastępczy akord.

26.08.2004 :: 14:05
Link |  | Obcy z Alfy Centauri