Załoga Demostenesa


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Udałem się do mesy, miejsca naszych spotkań towarzyskich. Najlepiej gawędziło się przy kawie i przy koktajlach. Zastałem tam trzy zadumane cud-dziewczyny, Catherine, Emily i Rosemary, usiłujące przegonić resztki snu. Komputer dopiero co wypluł je z hibernatorów i podobnie jak ja świeciły nagością. Nigdy wcześniej nie widziałem tych dziuń bez odzienia i zatkało mi dech z wrażenia. Oślepiały swoją urodą. Mimo tego, że dopiero się przebudziły, wyglądały niezwykle ponętnie. Żadna nie miała trzydziestki. Nadwrażliwość skóry ludzkiej po hibernacji ustępowała po dwóch godzinach i dopiero wtedy mogliśmy wrzucić coś na grzbiet. Jeżeli się wstydziły, to nie chciały tego okazać. Piły specjalny napój odżywczy, by rozruszać żołądek. Wziąłem kubek i też sobie nalałem.
      Genetyczka Catherine była subtelną blondynką. Z pozoru uległa i wiotka, pozostawała na swój sposób nieprzenikniona i tajemnicza. Nie przypominała członka załogi statku kosmicznego. Co taka niewinna i świeża istota robiła w kosmosie? Budząca respekt Emily, pokładowa medyczka, miała ozłocone przez słońce szczuplutkie ciało podchodzące pod delikatny brąz i długie ciemne włosy, które zwykle zawiązywała w kok. Afroamerykanka Rosemary cieszyła oczy czekoladową karnacją skóry. Gęste loczki czarownie układające się wokół jej prześlicznej twarzy, nieco krągłe kształty i rewelacyjnie piękne piersi decydowały o jej atutach. Otaczała ją aura egzotycznej zmysłowości. Zajmowała się ekologią, dobre zajęcie jak każde inne, ale w moim odczuciu miałaby większe wzięcie jako modelka. Była atrakcyjna i wygrałaby konkurs na miss załogi Demostenesa, gdyby taki zorganizowano.
      Zwróciłem się w ich stronę i wzniosłem toast:
      — Wasze zdrowie! — z trudem wychrypiałem, czując się tak, jakbym miał gardło wypełnione wodorostami.
      Pokładowe dżagi zareagowały życzliwie, choć mogły dać mi do zrozumienia, że powinienem stąd się wynieść. Nie znalazłem się przecież na plaży dla nudystów. Uśmiechnęły się do mnie przyjaźnie. „Ostrożnie z dziewczynami!” — zachichotał w mojej głowie cichy głosik.
Emily przerwała krępującą ciszę. Była lekarzem, więc golizna nie robiła na niej wrażenia. Przecież na co dzień obcowała z pacjentami, którzy musieli się przy niej rozbierać.
      — Nic się nie zestarzałeś! — żartobliwie odbiła piłeczkę. — Piłeś eliksir młodości? Wyglądasz jak pół wieku temu.
      — Wy też — wykrztusiłem. — Prawdziwe z was bóstwa.
      To wystarczyło na dzień dobry. Nie chciałem wypaść jak szczeniak, który wdarł się do żeńskiej szatni, więc uznałem, że czas zniknąć im z oczu. Dalsza wymiana zdań w tych okolicznościach byłaby nie na miejscu i dowodziłaby braku taktu. Udałem się do mojej kajuty. Skryłem się tam i odetchnąłem z ulgą. Musiałem trochę odczekać, a potem wciągnąć na siebie koszulkę i szorty.
      W mojej pokładowej dziupli na drugim poziomie nic się nie zmieniło przez te czterdzieści lat. Spakowane rzeczy spoczywały, gdzie powinny, zabezpieczone na wypadek wahań grawitacji. Klimatyzacja sprawiła, że nie okryły się kurzem. Wyjąłem inkrustowany zasobnik, zamykany na linie papilarne, w którym chowałem drobne pamiątki z przeszłości. Znaczyła się na nim duża litera omega. Te pamiątki nie należały do szczególnie cennych, tym niemniej miały dla mnie wartość sentymentalną. Wiązały się ze światem, który opuściłem na zawsze. Nie planowano bowiem powrotu Demostenesa do Układu Słonecznego. Chwilę ważyłem zasobnik w dłoniach, a potem z westchnieniem odstawiłem go na półkę, pozostawiając na wysokości oczu. Było za wcześnie, by wskrzeszać wspomnienia i rozpamiętywać przeszłość. Póki co nie opuściła nas nadzieja i nie utraciliśmy przekonania, że nasza misja okaże się udana. Liczyła się przyszłość. Wierzyliśmy, że nam się powiedzie i że zaludnimy Hegemone. Miało tu powstać pierwsze ludzkie osiedle. Poszukałem czegoś na grzbiet. Szczelna szafa kryła moje ubrania.
      Załoga potężnego Demostenesa składała się z dwunastu mężczyzn i z takiej samej ilości kobiet. Nie licząc czterystu kolonistów, uśpionych na niższym poziomie. Nie zorganizowano dla nas na Ziemi obozu integracyjnego i poznaliśmy się dopiero tuż przed odlotem. Nie brano pod uwagę takich rzeczy, bowiem byliśmy ponoć bezkolizyjnie dobrani. Jednak nie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Nie mieliśmy okazji. Przeważającą większość czasu spędziliśmy bowiem w hibernatorach. Obudzono nas, gdy Demostenes wyłonił się z nadprzestrzeni, osiągając cel, odległy o półtora tysiąca lat świetlnych. Dotarliśmy do układu solarnego, mającego planetę podobną do Ziemi. Krążyła w ekosferze gwiazdy, żółtego karła, parametrami zbliżonego do naszego Słońca, tętniła życiem i zdawała się na nas czekać. George nazwał ją Hegemone, odwołując się do jednego z maleńkich księżyców Jowisza, noszącego takie miano.
      Jednak dopiero podczas deorbitacji okazało się, że ta planeta nie jest wcale tak gościnna, jak sądzono. Posiadała coś na kształt pola siłowego, które omal nie uniemożliwiło nam lądowania. Nie wykryliśmy wcześniej jego śladów. Doszło do kolizji z napędem Demostenesa i eksplozji głównych silników. Ostatecznie jednak udało nam się osiąść na powierzchni prawie bez szwanku, co graniczyło niemal z cudem i było zasługą dwójki naszych znakomitych pilotów. Napęd należało naprawić, wszakże odłożono to zadanie na później, bowiem wymagało opuszczenia statku.





Tak napisali inni:





| Wróć |