EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2018
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(15)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(9)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (49)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(68)
Publikacje(36)
Cztery pory roku(29)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.eu
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski


[Księga gości]







Załoga Demostenesa


fragment utworu SF „Hegemone. Myśląca planeta”

      Udałem się do messy, miejsca naszych spotkań towarzyskich. Najlepiej gawędziło się przy kawie i przy koktajlach. Zastałem tam trzy zadumane dziewczyny, Catherine, Emily i Rosemary, usiłujące przegonić resztki snu. Podobnie jak ja świeciły nagością. Nigdy wcześniej nie widziałem tych dziuń bez odzienia i zatkało mi dech z wrażenia. Oślepiały swoją urodą. Mimo tego, że dopiero się przebudziły, wyglądały niezwykle ponętnie. Nadwrażliwość skóry ludzkiej po hibernacji ustępowała po dwóch godzinach i dopiero wtedy mogliśmy wrzucić coś na grzbiet. Jeżeli się wstydziły, to nie chciały tego okazać. Piły specjalny napój odżywczy, by rozruszać żołądek. Wziąłem kubek i też sobie nalałem.
      Genetyczka Catherine była subtelną blondynką. Z pozoru uległa i wiotka, pozostawała na swój sposób nieprzenikniona i tajemnicza. Nie przypominała członka załogi statku kosmicznego. Co taka niewinna i świeża istota robiła w kosmosie? Budząca respekt Emily, pokładowa medyczka, miała ozłocone przez słońce szczuplutkie ciało podchodzące pod delikatny brąz i długie ciemne włosy, które zwykle zawiązywała w kok. Murzynka Rosemary cieszyła oczy czekoladową karnacją skóry. Gęste loczki czarownie układające się wokół jej twarzy, nieco krągłe kształty i rewelacyjnie piękne piersi decydowały o jej atutach. Otaczała ją aura egzotycznej zmysłowości. Zajmowała się ekologią, dobre zajęcie jak każde inne, choć bezsprzecznie znacznie lepiej by jej było w roli modelki.
      Zwróciłem się w ich stronę i wzniosłem toast:
      — Wasze zdrowie! — z trudem wychrypiałem, czując się tak, jakbym miał gardło wypełnione wodorostami.
      Pokładowe dżagi zareagowały życzliwie, choć mogły dać mi do zrozumienia, że nie mam tu czego szukać. Nie trafiłem przecież na plażę dla nudystów. Usiłowałem opanować gonitwę myśli. Nie chciałem wypaść jak szczeniak, który wdarł się do żeńskiej szatni, więc zdecydowałem się pożegnać naguski. Udałem się do mojej kajuty. Nie powinienem był się nikomu pokazywać, dopóki nie mogłem wciągnąć na siebie koszulki i szortów.
      Załoga Demostenesa składała się z dwunastu mężczyzn i z takiej samej ilości kobiet. Nie licząc czterystu kolonistów, uśpionych na niższym poziomie. Nie zorganizowano dla nas na Ziemi obozu integracyjnego i poznaliśmy się dopiero tuż przed odlotem. Nie brano pod uwagę takich rzeczy, bowiem byliśmy ponoć bezkolizyjnie dobrani. Jednak nie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić. Nie mieliśmy okazji. Przeważającą większość czasu spędziliśmy bowiem w hibernatorach. Obudzono nas, gdy Demostenes wyłonił się z nadprzestrzeni, osiągając cel, odległy o półtora tysiąca lat świetlnych. Dotarliśmy do układu solarnego, mającego planetę podobną do Ziemi. Krążyła w ekosferze gwiazdy, żółtego karła, parametrami zbliżonego do naszego Słońca, tętniła życiem i zdawała się na nas czekać. George nazwał ją Hegemone, odwołując się do jednego z maleńkich księżyców Jowisza, noszącego takie miano.
      Jednak dopiero podczas deorbitacji okazało się, że ta planeta nie jest wcale tak gościnna, jak sądzono. Posiadała coś na kształt pola siłowego, które omal nie uniemożliwiło nam lądowania. Nie wykryliśmy wcześniej jego śladów. Doszło do kolizji z napędem Demostenesa i eksplozji głównych silników. Ostatecznie jednak udało nam się osiąść na powierzchni prawie bez szwanku, co graniczyło niemal z cudem i było zasługą dwójki naszych znakomitych pilotów. Napęd należało naprawić, wszakże odłożono to zadanie na później, bowiem wymagało opuszczenia statku.


07.03.2018 :: 13:30
Link | Komentuj (0) | Hegemone