EDWARD GUZIAKIEWICZ • ZAPISKI • FRAGMENTY UTWORÓW • WYDARZENIA

M E N U

O mnie

Home
2019
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007
2006
2005
2004

Kategorie
Recenzje filmowe(16)
A jeśli jutra nie będzie(36)
Obcy z Alfy Centauri(17)
Hegemone(13)
Bunt androidów(47)
Enbargonki (48)
Hurysy z katalogu(40)
Syreny z Cat Island(8)
Zdrada strażnika planety(23)
Imprezy kulturalne(85)
Publikacje(43)
Cztery pory roku(30)

Starsze wpisy
2002-2004
blog.guziakiewicz.vxm.pl


Strony autora
guziakiewicz.pl
guziakiewicz.vxm.pl
e.guziakiewicz.pl


Fantastyka
w świecie iluzji sf
podróże sf
fantasy
mikropowieści sf


Nastolatki
nastolatkom
randka
savoir-vivre
wakacje w Izraelu
z oazą na ty
szukanie Boga


Inne blogi
Ryszard Hop
Wiesław Hop
Edward Bolec
Justyna Żelazo
Joanna Duszkiewicz
Andrzej Talarek
Zbigniew Michalski









Zwariowane dialogi


Fragment „Buntu androidów”

      Dopadliśmy Kasandrę i dwóch drani z Galaktyki Sombrero, cel misji został osiągnięty, więc świadome sukcesu bractwo chciało się odreagować. Zbliżała się noc. Do zamykającego akcję transferu mieliśmy labę i mogliśmy byczyć się w dżungli jak turyści na wakacjach. Korciło mnie, żeby wybrać się do Rio de Janeiro, aby się zabawić, należało się chłopakom, ale nie chciałem przeholować. Lepiej było zakończyć tę akcję bez fajerwerków. Mieliśmy ich dość.
      — Ami, go home! — szepnąłem do swoich myśli.
      Tomowi zaczynało odbijać. Wspiął się na zwalony pień. Szykował się spektakl w mało szekspirowskim wydaniu.
      — Bracia, nadchodzi era ciemności — zawołał z kretyńską miną, skupiając na sobie uwagę pozostałych agentów niby widzów w teatrze. — Kosmos na wieki pogrąży się w mroku. My, królowie nocy, przejmiemy władzę nad całym światem, a myślące istoty ze wszystkich planet padną nam do stóp… — podzielił się z nami błazeńskim przesłaniem żywcem z londyńskiego Hyde Parku. Ubaw po pachy.
      Lena próbowała się uśmiechnąć, słysząc te bzdury.
      — Bardzo śmieszne, jaka era? Puknij się palcem w czoło, tępaku — Harry usiłował sprowadzić go na ziemię. Robił to ze śmiertelnie poważną miną — tak poważną, że nie chciało mi się wierzyć, iż też się popisuje. — Słońce zachodzi, baranie, rankiem znowu wzejdzie…
      Samuel skwapliwie przyszedł Tomowi w sukurs. W końcu byli za pan brat. Teraz drugi domorosły aktor zaczynał podgrzewać atmosferę.
      — Nieważne, co tam, wschód czy zachód, napijmy się, bo nam mordy szuwarami zarosną — wpadł w swoją rolę. Wyciągnął płaską butelkę brandy, podsuwając ją Harry’emu przed oczy. Podobnie jak tamten zapobiegliwie zaopatrzył się w kurorcie na Neeidzie. A potem zwrócił się w stronę Toma. — Stworzyłem model pijanego wszechświata, wyobraź sobie, Albert Einstein przy mnie wysiada — hałaśliwie nadawał. — Po kilku głębszych w każdym punkcie przestrzeni obowiązują inne prawa fizyczne. Heraklitejska płynność w najlepszym wydaniu — spointował. — Rewelacja! Chcesz się przekonać?
      Harry skrzywił się z odrazą. Nie był w stanie utrzymać ich w szachu. Spychali go na dalszy plan.
      — Czemu nie? — Tom zatarł ręce, widząc butelkę. Zeskoczył z nadpalonego pnia na ziemię. Wyszczerzył zęby. — Jest co oblać. Zabalujemy! Tak czy siak, opuszczamy ten lokal. Wyskoczymy do Los Angeles na koncert Michaela Jacksona, a potem na panienki… — snuł przebojowe plany, jakby mógł decydować o tym, co będzie robić po akcji.
      — Jeże ci kable zjadły? — Harry znowu zaprotestował. Kręcił się w kółko, okazując zniecierpliwienie. — Przecież król popu nie żyje…
      — Co tam, poradzimy sobie — popisujący się Tom od ręki znalazł receptę. Przyjął od Sama butelkę i pociągnął łyk. — Cóż to dla takich jak my? Pestka! Przy nas Superman to pętak. Ci od voodoo też byliby bez szans!
      Kiedy to usłyszałem, poczułem ukłucie w sercu i niepewnie pobiegłem myślami ku trzeciemu poziomowi. Kryjący się tam spryciarze mogli przywrócić Ka do życia i znowu postawić ją u mego boku. Cholerna reinkarnacja! Nawet gdybyśmy bardzo chcieli, nie mogliśmy odtrącić daru nieśmiertelności. „Podły los! Do trzech razy sztuka!” — ze smutkiem pomyślałem. Miałem cichą nadzieję, że nie będę musiał znowu robić z siebie błazna.
      — Ja wam dam panienki! — rzuciłem, stając obok Harry’ego i siląc się na ton mentorski. Mrugnąłem do niego okiem, chcąc go wesprzeć. — Wybierzcie się raczej na mecz siatkówki. Los Angeles Sparks będą grać z Indiana Fever!
      — Siatkówka? Wiem, co to jest! — Tom nadal błaznował. Oddał brandy Samuelowi. — Odbija się piłkę przez sieć rybacką. Wymyślili to Indianie w jakiejś wiosce nad oceanem…
      — A mnie weźmiecie? — zapytał Harry, pogardliwie wydmuchując w stronę chudzielców chmurę dymu z cygara.
      — Co ty? Nie jesteś z tej bajki, El Gigante — nieuprzejmie odparował Sam. — Ale możesz się napić! — łaskawie wyciągnął butelkę w jego stronę.
      Harry nie skorzystał z propozycji i ostentacyjnie się odwrócił.
      — W dupach wam się poprzewracało — skwitował, ale bez irytacji. — Szamba zamiast mózgu!
      Słysząc o rozstaniu, Lena niepokojąco zajrzała mi w oczy.
      — Nie obawiaj się, nie wystrychnę cię na dudka — szepnąłem jej do ucha. — Nie rzucam słów na wiatr!


20.02.2012 :: 19:30
Link | Komentuj (0) | Bunt androidów